Puzzle

Tak wiem, zapomniałam trochę o tym miejscu w ostatnim czasie. Dużo się działo. Długi weekend, dużo pracy.

Jak jest? Powiedziałbym, że teraz jest stabilnie. Staramy się żyć ze sobą tak po prostu. Po moich wybuchach i awanturach zrozumiałam, że to ze mną jest coś nie tak. Że zamiast dawać, zaczynam żądać. A to nie o to chodzi, tak się nie uda. Odpuściłam. I jest lepiej. Spokojniej. Zaczęłam się wstydzić tych wszystkich sytuacji, które prowokowałam swoim zachowaniem. A co jeśli to ja zabijam w nas cały romantyzm? Postanowiłam zająć się sprawami ważnymi, bieżącymi bo ich jest mnóstwo.

Po pierwsze to prawo jazdy. Ukończyłam już jazdy doszkalające i pora się zapisać na egzamin. Planuje go na początku grudnia. Nie wiem, czy coś z tego będzie. Dla mnie to ogromny stres, ale czuję się już pewniej, za kółkiem, w życiu. Chcę być niezależna, dla siebie, dla niego. Chcę żeby widział we mnie osobę, która potrafi osiągać w życiu swoje cele.

Z pracą nieciekawie. Wciąż czekam na decyzję, zostaję czy nie. Może być tak, że w styczniu będę bezrobotna. To byłaby niespodzianka. Jak przychodziłam do tej pracy, to byłam dumna z tego, że udało mi się ją zdobyć bez żadnych znajomości. Teraz, funkcjonując w tym systemie widzę, że inni nie mają takich rozterek. Wszyscy wiedzą kto z kim i dlaczego i to jest naturalne. Nie ma równych szans. Mam w pokoju “kolegę”, którego matka jest politykiem. Gdy kończyła mu się umowa, dyrektor stworzył dla niego dodatkowy etat i sam położył kierownikowi jego umowę na biurko. Dziś robi w pracy co chce, przychodzi i wychodzi kiedy chce, kierownik nie wchodzi mu w drogę. Ma większą pensję niż większość z nas. A ja? Czekam na szczęście. Czy boję się utraty tej pracy? Nie. To tylko praca, nie ta to inna. Mogę robić na zmywaku, albo sprzedawać garnki przez telefon- oby uczciwie móc zarobić na życie. Może mam niskie ambicje, ale praca nie jest dla mnie najważniejsza. Przez dwa lata nauczyłam się jednego- że pracę należy zostawiać w pracy. Jedyne na czym mi zależy to na stałej umowie i godnej pensji. Niczego więcej nie wymagam.

Takie to moje życie, wciąż na coś czekam. Mam nadzieję tylko, że w końcu poukłada się to w jedną całość.

Advertisements

Problemy w raju

Jest źle. Żeby nie powiedzieć, że tragicznie.

I choć wiele było już złych chwil, teraz, po raz pierwszy czuję się bezradna.

Nasz związek przeżywa poważny kryzys. Nie wiem czy to przetrwamy, czy jesteśmy dość silni. Mam wrażenie, że porozumiewamy się w dwóch różnych językach. Ja jedno, on drugie. Ja pytam co czuje, on zarzuca mi że myślę tylko o sobie. Chwilami mam dość. Po wczorajszej awanturze jestem niewyspana, zmęczona, mam opuchnięte oczy. Rozważam alternatywy. Już chyba nawet nie jestem wściekła. A on? W niczym nigdy nie widzi problemu.

Nie zabiega już o mnie. Ja też nie mam potrzeby się starać. Chcę znów poczuć się zdobywana, atrakcyjna. Mam dość ciągłego inicjowania naszych rozmów, zabiegania o jego uwagę. Czuję się tak, jakbym w ogóle go nie obchodziła. I nie chodzi już o to całe zamieszanie ze ślubem, bo ten temat już dawno odpuściłam. Czuję, że coraz bardziej się oddalamy, że to zmierza w przeciwnym kierunku.

Zabawa w dom się skończyła.

Czy to koniec?…

Zła kobieta

Jestem ciągle poddenerwowana. Jakbym nie potrafiła rozluźnić swoich myśli. Już nawet nie wiem czasem o co się na niego wściekam. Gdy pyta, nie jestem w stanie podać powodu. Nagle przeszkadzają mi jego uszczypliwości, każdą uwagę traktuję jako atak w moją stronę. A potem nagle zmieniam front, gdyby nigdy nic. Mówi, że jestem piękna, a ja na to z wyrzutem: “ładniejsza już nie będę”. Nie mam ochoty na dotyk. Sama się nakręcam. Obiecuję sobie, że wszystkie wyrzuty i pretensje odsunę na bok, a potem znów wychodzi ze mnie ta zła kobieta. Ta, która wszystko zrobi,ugotuje, posprząta, zadba i na więcej jej już nie stać. Woli się umartwiać, chowając w środku wszystkie głębsze uczucia.

Baba za kierownicą. Plany, marzenia vs rozsądek.

Co prawda, zmiana czasu trochę wytrąciła mnie z rytmu. Nie rozumiem tej całej roszady z czasem. Pociagi stają na dworcach, ludzie są zagubieni. Mam nadzieję, że po zmianie czasu na letni rzeczywiście będzie to ostatni raz.

Mimo, że noc była o godzinę dłuższa, od rana byłam już na nogach i to cała w emocjach. W nocy śniło mi się, że nie potrafię zmienić biegów. Siedem lat przerwy i oto wsiadłam za kółko. Pan instruktor z polecenia okazał być się lekiem na całe zło. Cierpliwy, spokojny, z poczuciem humoru i co najważniejsze- konkretny. Tego było mi trzeba. Kogoś kto wróci mi wiarę w to, że mogę. Na początku było mi trudno wyczuć auto, ale nie zgasło ani razu, nie było szarpania “na żabkę”, czy “kangurka”, a to już duży plus 🙂 Okazało się, że to jak jazda na rowerze- tego się nie zapomina. I o dziwo, już po pokonaniu kilku skrzyżowań byłam zrelaksowana. Reakcja instruktora na to, że tyle lat nie jeździłam była bezcenna. “O kurka!” krzyknął, po czym zdecydował że uczymy się od podstaw. Po zakończonych jazdach jednak stwierdził, że chyba trochę oszukuję i nie wierzy, że w ciągu tych kilku lat tak całkiem nie wsiadałam za kółko. Mimo szczerych zapewnień, niedowierzał, ale to chyba dobry znak.

Przełamałam się. Zrobiłam pierwszy krok. Teraz wierzę, że będzie tylko lepiej. Zaczynam widzieć światełko w tunelu i siebie jako kierowcę, co dawniej było nie do pomyślenia. Jestem z siebie zadowolona, a to bardzo przyjemne uczucie, które zbyt rzadko mi towarzyszy.

No to pierwsze jazdy mamy za sobą. Może, jeśli się zmobilizuje to na Mikołaja będę miała prezent w postaci prawa jazdy. Ale to na razie marzenia.

Mam też inne. Chciałabym żeby on wreszcie powiedział mi co czuje, czgo chce. Tak szczerze. Ostatni czas jest dla mnie bardzo trudny. Może przeginam, może powinnam odpuścić i cieszyć się tym co mam ale nie potrafię. Tak wbiłam sobie do głowy to całe myślenie o przyszłości, że nie mogę spać, jeść, tylko zastanawiam się nad tym co będzie dalej. Jakiś czas temu była rozmowa. Powiedziałam mu czego chcę wprost. Ślubu, dzieci, rodziny. Inne rzeczy przyjdą z czasem. On jednak jest zdania, że nie zdecyduje się na taki krok dopóki nie będzie mógł zapewnić nam stabilizacji finansowej, własnego mieszkania. Na razie niestety nie zapowiada się, żeby coś w tej kwestii miało się diametralnie zmienić. Tak jak już kiedyś wspominałam, nie mamy wsparcia od rodziców, zaczynamy wszystko od zera. Z wyszczerbioną miską, którą dostałam od matki w chwili przeprowadzki do wynajmowanego mieszkania. I tak uważam, że dobrze sobie radzimy, nie zaciągamy długów, żyjemy spokojnie, na wszystko nam wystarcza. Ale on twierdzi, że to za mało. A może to tylko wymówka..? Poprosił żebym dała mu czas do końca roku. Twierdzi, że ma plany ale musi mieć trochę wytchnienia. Nie wiem nawet kiedy, ale padło z moich ust stwierdzenie, że odejdę od niego jeśli nie zdecyduje się na prawdziwe bycie ze mną. To nie był szantaż, chciałam mu powiedzieć, że ja nie chcę tracić czasu bo drugi raz się nie powtórzy. On zrozumiał to inaczej.

W sobotę byli u nas nasi przyjaciele. Termin ślubu, orkiestra, fotograf. Wszystko zaplanowane. I wszystko organizują sami. Planują dziecko jeszcze przed ślubem żeby nie czekać. Nigdy nie zazdrościłam, nie należę do tego typu osób ale siedząc na przeciwko nich i patrząc z jakim zapałem opowiadają o całych przygotowaniach zwyczajnie łzy cisnęły mi się do gardła. Czemu ja na to nie zasługuje, co ze mną jest nie tak? To jedyne pytania, które mi się teraz nasuwają. A on, jeszcze dopytywał, kiedy planują dziecko, jak idą przygotowania. Mnie nie zapytał o nic. Czułam się okropnie, jak bym w ogóle tam nie była potrzebna. Siedziałam przy stole i nie odzywałam się nawet słowem. Co miałam mówić?…Ta rozmowa nie dotyczyła mnie.

Potem zaczęły się wywody o tej całej stabilizacji, dążeniu do równowagi, o tym kiedy jest idealny czas na dziecko. Słuchając go, poczułam że to nigdy nie nastąpi. Że dla niego nigdy nie będzie odpowiedniego momentu. Czułam się okropnie. Wyszłam do łazienki i próbowałam się ogarnąć, powstrzymać łzy, żeby nikt nie widział. Potem wróciłam do gości, szczęśliwa i zadowolona, gdyby nigdy nic.

Kochani, ja już nie wiem co mam robić. Czekać? Naciskać? Odejść…? Jestem wypruta z jakichkolwiek nadziei. Nie powiedziałam mu nawet o tym jak czułam się tego wieczoru. Nie chcę żeby znów uznał to jako szantaż. Nie wiem już jak z nim rozmawiać, jak zachowywać się w towarzystwie, co mi wolno powiedzieć, a co nie, by nie czuł że go naciskam. Nigdy nie myślałam, że dojdziemy do takiego momentu. Czuję się okropnie z tym, że to ja muszę inicjować naszą wspólną przyszłość. Wyobrażałam sobie to inaczej. Bo nawet, jeśli on się zdecyduje na te zaręczyny, nie oszukujmy się- to będzie wymuszona decyzja.

Dwie połówki jabłka, a może cytryny ?

Jedni mówią, że przeciwieństwa się przyciągają, inni że do stworzenia idealnego związku niezbędne są wspólne zainteresowania, poglądy, wartości. Bez tego ani rusz. A ja?

Długo zbierałam się do tego wpisu, bo sama tak naprawdę nie wiem po której stronie barykady jestem. Mam nadzieję, że ten wpis pozwoli mi choć trochę zbliżyć się do rozwiązania tej odwiecznej zagadki. Bo jak to w końcu jest? Różnice w związku pomagają, czy przeszkadzają w dążeniu do obopólnego szczęścia?

Każdy z nas jest inny, nie ma dwóch takich samych osób, dwóch takich samych charakterów. Spotykamy kogoś i wydaje nam się, że rozmowa tak się klei i tak nam dobrze przy tej osobie, i nawet wspólne “nic nie robienie” sprawia nam wiele radości. A potem mija miesiąc, dwa, rok i zauważamy, że coraz więcej spraw nas dzieli. Fascynacja mija, a wspólny czas wypełnia rutyna. Nagle okazuje się, że on woli pooglądać mecz zamiast usiąść i słuchać Twoich opowiadań o tym jak minął dzień. Proponujesz w weekend rowery, a on na to “przecież wiesz że tego nie cierpię”. On chce wyciągnąć Cię na bilard, ale Ciebie w ogóle to nie pociąga. Dochodzi do sprzeczek, z czasem zarzucasz mu że nie chce się przystosować, a on Tobie że zawsze wszystko musi być po Twojej myśli. Twoi znajomi mu nie odpowiadają, Ty nie znosisz jego kumpli. On godzinami mógłby opowiadać Ci o swojej pracy, a Ty nic z tego nie rozumiesz….i tak dalej, i tak dalej…

Jak było u nas? Pewnego dnia całkiem przypadkiem dwie różne osoby poznały się gdzieś w otchłani Internetu. Również całkiem przypadkiem postanowiły się spotkać, wiedząc o sobie tyle że pochodzą z tego samego miasta i są bardzo samotne. Od początku wiedzieliśmy, jak wiele nas dzieli. To było widać na pierwszy rzut oka: on zawsze ożywiony, gotowy do działania, milion pomysłów na minutę, a przy tym zabawny, towarzyski, zdobywający nowe znajomości na każdym kroku. A ja? Zamknięta w sobie, zawsze gdzieś z tyłu, nie mająca wielu przyjaciół, wycofana z życia towarzyskiego. Pomyślałam, że przy takim mężczyźnie będę pewniejsza siebie, wyjdę wreszcie do ludzi. Nie miałam konkretnych zainteresowań, studia pochłaniały cały mój świat. A on interesował się wszystkim: muzyką, sportem, bilardem, szachami, literaturą i w każdym z tych tematów potrafił zabłysnąć. Słuchałam go wbita jak w słup i tak mijały nam pierwsze tygodnie, miesiące. Będę szczera: z czasem różnice zaczęły bardzo nam przeszkadzać. Na początku to było jak walka o terytorium: ja broniłam swoich zasad, a on swoich. Kłóciliśmy się o to jak spędzać wolny czas, o naszych znajomych, o to że on za dużo czasu poświęca kolegom. Nie brakowało kłótni, płaczu, zapewnień o nadchodzącym rozstaniu. Z biegiem czasu zaczęliśmy jednak wymiękać. Naginać swoje zasady, szukać kompromisów. On znacznie mniej czasu spędzał poza domem, ja złagodniałam i zaczęłam otwierać się na jego propozycje.

A dziś? Mimo wielu zmian, na które obydwoje przystaliśmy w drodze kompromisu, nie da się zmienić najważniejszego- naszych charakterów. Gdybym miała zacząć wymieniać różnice między nami to nie skończyłabym w życiu tego wpisu. Mamy różne zainteresowania, bawi nas co innego, inaczej wolimy spędzać wolny czas, słuchamy zupełnie innej muzyki. Ale to są drobne sprawy, w których można osiągnąć porozumienie. Najtrudniej jest się nam dogadać w kwestii poglądów, czy tego jak widzimy nasze dalsze życie. Ja nie chcę marnować czasu, dla niego ważna jest kariera i własne mieszkanie. Tu się toczą prawdziwe wojny. Porozumienia osiągnąć się nie da, bo przecież nie zmusiaz drugiej osoby, by zaczęła myśleć tak jak Ty. Inny tok myslenia- to jest prawdziwy problem w związku.

Patrząc z perspektywy trzeciej osoby, my już dawno powinniśmy sobie odpuścić i zacząć szukać drugich połówek, które rzeczywiście będą do nas pasować. Myśląc o tym wpisie wczoraj zapytałam go : “jak myślisz co tak naprawdę nas łączy?”. Odpowiedział krótko: “miłość Kochanie” po czym zaczął się śmiać, że ja zawsze doszukuje się drugiego dna. Więc rozmowa jak zwykle spęzła na niczym. Mam wrażenie, że on nie potrafi rozmawiać, wczuć się w tą drugą osobę. Jeśli on nie ma ochoty na rozmowę, równie dobrze można postawić przed sobą ścianę z pustakow i do niej mówić. Ja natomiast jestem tą, która zbyt pochopnie wyciąga wnioski, analizuje i czasem nie potrzebnie go atakuje. Nikt nie jest bez wad.

Może nie warto zastanawiać się nad tym czy do siebie pasujemy, czy też nie. Grunt, że jest nam ze sobą dobrze. Mimo kłótni i złośliwości, nigdzie nie jest tak dobrze jak z nim. Ale z drugiej strony, dobierając partnera na całe życie, powinniśmy być bardziej uważni. Co będzie jeśli przyjdzie nam się zmierzyć z prawdziwymi decyzjami? Z zakupem mieszkania, z wychowywaniem wspólnych dzieci? W takich sytuacjach nie możemy się ze sobą nie zgadzać. Musimy mieć wspólny kierunek, jedną wizję przyszłości bo inaczej to wszystko legnie w gruzach. Jakimi będziemy rodzicami, skoro nie zgadzamy się w najprostszych kwestiach? Czego nauczymy swoje dzieci, skoro każde z nas kieruje się w życiu innymi wartościami?

Czasem się boję, że zbyt wiele nas różni by to mogło się udać. Myślę sobie, a może się oszukujemy? Może powinniśmy w końcu zejść na ziemię? Wiem jedno. Nie dowiem się jak nie spróbuję. Chociaż często zastanawiam się, czy warto próbować i poświęcać swój czas, który już nie wróci. Oczywiście, że mamy też wspólne cechy. Przez te lata znaleźliśmy sposób na to by każdy był zadowolony. Czasem po prostu trzeba odpuścić i pomyśleć, co jest ważniejsze: wieczne upieranie się przy swoim, czy relacje między nami. Nie można jednak być jedyną osobą, która w związku odpuszcza, bo wtedy możemy stracić samych siebie.

A Waszym zdaniem jak to jest z tymi różnicami?…Czy w ogóle warto tak się naginać…?

Wystarczy się odważyć

Od­ważny, to nie ten kto się nie boi, ale ten który wie, że is­tnieją rzeczy ważniej­sze niż strach…”

Czasem tak trudno nam się przełamać, przezwyciężyć swoje obawy i lęki. Czasem rzeczy z pozoru proste i błahe wywołują w nas paraliż, który nie pozwala iść do przodu. Czy to kwestia braku pewności siebie? A może złych doświadczeń? Bo w końcu jeśli pięć razy poniesiemy porażkę, za szóstym często przestajemy wierzyć w sukces. Najczęściej wtedy zaczynamy się wycofywać i żyć tak, by nie narażać się na zbędne ryzyko. Ale czasem trzeba zaryzykować. Skoczyć w dół mając nadzieję, że na dole spotka nas miękka poduszka. W końcu bez ryzyka nie ma zabawy, kto nie ryzykuje ten nie żyje. Ale co sprawia, że jedni z taką łatwością podejmują nowe wyzwania, pchają się na pierwsze rzędy i walczą o swoje, a drudzy wolą schować się gdzieś za miotłą jak mysz i czekać aż sytuacja sama się rozwiąże? Może ci drudzy mają więcej do zaryzykowania?

Ja przez długi czas myślałam, że należę do tej pierwszej grupy. Nie bałam się żyć, osiągałam cele jeden po drugim. Po studiach zderzyłam się z rzeczywistością, długo nie mogłam znaleźć pracy przez co straciłam pewność siebie. Milion rozmów i nic, znowu porażka. A teraz kiedy mam tą pracę, życie wymaga ode mnie więcej. Muszę się czasem nagiąć i wyjść przed szereg, choć czasem cholernie mi ciężko. Czasem myślę, że najchętniej schowałabym się za biurko i przeczekała aż dzień się skończy. Szczególnie gdy muszę walczyć o swoje.

Niedawno patrząc na swoje życie, stwierdziłam że muszę wziąć się w garść. Zobaczyłam siebie u boku faceta, który zawsze osiąga cel, który wie czego chce i pomyślałam po co mu kobieta taka jak ja? Odgrzebałam dawne marzenia i postanowiłam je realizować.

Za tydzień rozpoczynam jazdy doszkalające i wsiadam za kółko po ośmiu latach. Po raz pierwszy w życiu czuje, że chce zrobić prawo jazdy. Dla siebie, nie dla innych. W niedzielę mój A. stwierdził, że musimy troche poćwiczyć żebym czuła się pewniej. I wiecie co? Jestem z siebie dumna. Nie myślałam, że jazda samochodem może być taka przyjemna. Bez trudu udało mi się go odpalić i ruszyć z miejsca, a to już sukces 🙂 Potem ćwiczyliśmy zawracanie i parkowanie, i tu też obyło się bez większych problemów. Wreszcie po latach zaczęłam w siebie wierzyć. I wiedziałam, że on też jest że mnie dumny, a to bardzo przyjemne uczucie 🙂

No ale to nie wszystko! Wreszcie odważyłam się na rozmowę z kierownikiem. Powiedziałam o wszystkich moich obawach, o tym czego oczekuję i co jest dla mnie ważne. Otrzymałam zrozumienie i deklarację, że moja kwestia będzie z pewnością poruszona w rozmowie z dyrektorem i kadrami. Jestem z siebie zadowolona. To w cale nie było takie trudne. Teraz czekam na decyzję. Obawiam się jedynie większej kontroli że strony góry, bo pewnie będą chcieli sprawdzić czy jestem warta umowy. Ale myślę że nie ma się czego bać, w końcu wykonuję swoją pracę tak jak należy.

Najtrudniej jest zrobić ten pierwszy krok. Potem już jakoś się toczy. Nie można się poddawać w walce o siebie, bo w takim przypadku zawsze przegramy. Trzymajcie się ciepło ! 🙂

I u mnie trochę polityki…

Wykończona oglądaniem debaty prezydenckiej w moim mieście i zmęczona tymi wszystkimi sztucznymi uśmiechami zaczęłam wczoraj ćwiczyć. Po niecałej godzinie wyginania się przed telewizorem poczułam jak pot ze mnie spływa. Pomyślałam jedno- nie mam nawet grama kondycji. Koniec z tym. Biorę się za siebie i zaczynam regularne treningi.

Ale nie o tym dziś chciałam. Wracając do początku mojego wpisu, chciałam zadać Wam pytanie: jaką wartość mają dla Was wybory? Jak myślicie, czy ten nasz jeden głos ma moc sprawczą? Czy to się zwyczajnie opłaca?

Czemu taka dziś refleksja wyborcza mnie naszła? Wczoraj była awantura na noże. Ja staram się, jako kobieta unikająca wszelkich konfliktów, tematu “polityka” nie poruszać w domu ale jeśli słyszę teksty typu “i tak nic nie zmienisz”; “twój głos jest na nic” to mnie krew zalewa! I to od kogo? Od człowieka, z którym chcę układać swoje życie. On nie głosuje. Nie pojmuję tego, bo dla mnie to jest zwyczajnie obowiązek każdego, kto pracuje i płaci podatki. Nigdy nawet nie rozważałam, żeby nie głosować. A tu pod moim własnym dachem wyhodował mi się taki antypolityczny twór! Wiem, że nie powinnam wchodzić z nim w dyskusję, ale po wymianie kilku argumentów, które odbijały się od niego jak piłeczka do ping-ponga, w końcu skwitowałam całą dyskusję stwierdzeniem “tylko świnia nie ma poglądów”.

Wiecie, jak słyszę teksty przedstawiciela partii rządzącej, który mówi że od mojego miasta jest bliżej do krajów afrykańskich o 100km, niż ze stolicy i dlatego ludzie chętniej będą latać z naszego lotniska to mi ręce opadają. Albo jak widzę jakie agitacje polityczne prowadzone są w kościołach na mszach to po prostu mam ochotę stąd uciekać. Nie mówiąc o wielkich obietnicach i zapewnieniach, że jak wygra inna partia to zabiorą 500 plus, 300 plus i w ogóle Polska zginie marnie….Głowa Państwa, która jest bardziej małym paluszkiem u stopy niż kimś, kto ma przewodzić narodem i jego słodka żonka tańcząca do rytmu okrzyków zrozpaczonych rodaków manifestujących swój lament “Konstytucja”.

Kto jeszcze nie chce żyć w takim kraju? Kto jeszcze ma odwagę powiedzieć stop okradaniu nas- uczciwych, płacących podatki, harujacych po nocach, na rzecz ludzi próżnych i przytwierdzonych kotwicą do systemu pomocy społecznej? Widzę na codzień zbyt wiele “mamusiek” czyhających pod drzwiami ośrodka z małymi dziećmi, z wypisanym na twarzy “mi się należy”. A mi się nie należy? Nie należą mi się zagraniczne wakacje raz w na kilka lat? Auto powyżej 2000 roku? Własne mieszkanie i godziwe życie?

Nie łudźcie się, że 500 plus zbawia nasz kraj. Nie wierzcie w propagandę przekazywaną przez publiczne media. Otwórzcie oczy i sami zdecydujecie czego chcecie dla siebie, ale i swoich dzieci. Czy chcecie by matka, która rodzi na potęgę, a przy tym nigdy nie przepracowała dnia w swoim życiu otrzymywała taką samą emeryturę jak Wy? Ja się na to nie zgadzam. Mnie nie przekonują te fałszywe profity.

Będę w niedzielę głosować według własnego sumienia. I pamietajcie, że nie ma dwóch dróg wyjścia, dwóch partii w Polsce, a listy wyborcze nie zamykają się na miejscu 3. Wszyscy mamy wybór. Nie dajmy się zwariować.

A tak na koniec, na rozluźnienie atmosfery proponuję oddać głos na tego Pana 😂😄😃

Uff… trochę mi ulżyło 😉

O planach, porażkach i bezczynności.

Weekend minął zbyt szybko, miałam zamiar skorzystać z ostatnich promieni słońca, a w praktyce nawet na zwykły spacer nie starczyło mi sił. To był pierwszy weekend od dawna, kiedy nie miałam nic do roboty. I po prostu pochłonęło mnie lenistwo. Bardzo potrzebowałam odpoczynku. Wreszcie mogłam coś upichcić, trochę w domu ogarnąć. Oprócz pysznej sałatki i domowej szarlotki nic produkrywnego się nie wydarzyło.

Myślę ostatnio, że straszny leń ze mnie wyłazi. Żyję sobie tak z dnia na dzień, bez żadnego ryzyka, bez większych emocji, unikając zbędnego wysiłku. Zero aktywności. Jedyna wymówka to “nie chce mi się”. Źle się z tym czuję, bo przez ostatnich kilka lat zaniedbałam trochę samą siebie.

Jedne studia, drugie, w międzyczasie jeszcze trzecie. Stres, nerwy, siedzenie nad książkami po nocach. Potem praca na trzy zmiany. Mój organizm przeżywał rewolucję. Zapomniałam o sobie, o tym że czasem trzeba pobiegać, poćwiczyć, a może zacząć odżywiać się zdrowo… I tak w przeciągu czterech lat przytyłam prawie dziesięć kilo.

A wiecie co jest najgorsze? Nie mam motywacji, coś bym chciała zmienić ale nie potrafię wdrożyć żadnych zasad na dłuższą metę. Szybko się poddaję. Nie potrafię utrzymać diety, zapominam o posiłkach a potem objadam się przed snem. Źle mi nawet nie z tym, że mam troszkę więcej ciałka niż dawniej, ale z tym że sama siebie zaniedbuję.

Obiecałam sobie ostatnio, że wezmę się za siebie. Że zacznę myśleć jak kobieta, która chce być niezależna, mieć swoje wartości i zainteresowania. Stąd cały ten bransoletkowy biznes. Chciałam mieć coś swojego, w czym będę mogła się ukryć.

Ale to nie wszystko. Obiecałam sobie również, że zrobię prawo jazdy. Tak, wiem…mam 25 lat i jeżdżę rowerem albo komunikacją miejską. Przyzwyczaiłam się do takiego trybu i nawet mi to nie przeszkadza. Ale mój A. obudził we mnie pewne wątpliwości. On twierdzi, że prawko jest niezbędne kiedy chce się mieć dzieci, rodzinę, że jest po prostu łatwiej kiedy w domu jest dwóch kierowców. Ma rację. Ale ja już odniosłam porażkę w tym zakresie i boję się próbować po raz drugi. Mając osiemnaście lat odbyłam kurs, ale niestety nie udało mi się zdać egzaminu. Dziś tłumaczę sobie, że to był wynik złego przygotowania, ale i moja wina. Byłam za młoda, niezbyt przekonana po co mi to potrzebne, myślałam o rozrywkach, a nie o nauce jazdy. To nie był ten czas. Teraz postanowiłam, że udowodnię sobie, że potrafię. Że nie jestem w cale taką sierotą, żeby nie nauczyć się jeździć. W sierpniu tego roku, po siedmiu latach przystąpiłam do egzaminu teoretycznego. Zdałam go i przyszedł czas na naukę praktyki. Uwierzcie, bądź nie ale numer instruktora trzymałam w telefonie przez półtora miesiąca i bałam się zadzwonić. Ogarnął mnie paraliż. Taki strach, że znowu to będzie porażka. Wczoraj obudziłam się i stwierdziłam, że albo teraz albo nigdy. Najlepiej zaczynać od poniedziałku, więc zdobyłam się na odwagę. Co prawda na termin pierwszych jazd muszę trochę poczekać bo wybrałam instruktora, który jest dobry, ale i bardzo oblegany. Udało mi się ustalić datę i dogadać szczegóły. Teraz boję się jeszcze bardziej. Zastanawiam się czy to ma sens. I może to śmieszne, ale mam cykora.

Została jeszcze jedna sprawa, którą muszę się zająć. Wtedy lista rzeczy do zrealizowania na ten rok będzie zamknięta. Rozmowa z kierownikiem. Nie jestem w tym dobra, w stanowczym komunikowaniu własnego zdania, ale wiem że nie mam wyjścia. Jak wiecie pracuję obecnie w instytucji pomocy społecznej. Praca marzeń, pomoc innym i te sprawy…Super, ale warunki pracy? Typowo polskie. Już drugi rok pracuję na umowę zastępstwo. Kobieta wyjechała do pracy za granicę i wzięła na ten czas urlop bezpłatny, potem przedłużyła sobie go o kolejny rok. Ona sobie tam pracuje, tu ma bezpieczną posadkę, do której może wrócić w każdej chwili, a ja? Nie mogę nawet wziąć kredytu bo co to za umowa z zapisem “do czasu powrotu pracownika”? Jestem w czarnej d…..A dziś doszły mnie słuchy, że ona ma zamiar przedłużyć urlop jeszcze o rok. Wiecie co? Płakać mi się zachciało. Co z moimi planami? Z rodziną, dzieckiem? Przecież nie mogę iść w tym momencie nawet na urlop macierzyński…Zbieram się na rozmowę z kierownikiem, a nawet z dyrektorem jeśli będzie trzeba. I tak się zbieram i zbieram, a czas ucieka.

Wiecie co? Ja kiedyś chyba taka nie byłam. Miałam własne zdanie, potrafiłam być stanowcza, coś sobie postanowić i dążyć do tego. A teraz? Co się ze mną dzieje? Czemu tak się zamknęłam w sobie? Jestem bierna i nie potrafię walczyć o swoje. Unikam kul zamiast przyjmować je na klatę.

Cieszę się przynajmniej, że odważyłam się w kwestii prawka. Mam nadzieję, że teraz ta machina ruszy dalej. Wiem, że muszę nad sobą pracować, nad swoją wagą, nad realizacją planów. Kim w innym przypadku będę? Nie chcę przegrać swojego życia, zmarnować szansy. Ta bezczynność musi się skończyć, a ja muszę stanąć na równe nogi i zacząć wreszcie biec.

To tylko słowa.

Czy wiecie co to znaczy bardzo w życiu czegoś chcieć, mieć to na wyciągnięcie dłoni i nie móc tego dostać?

Tak się właśnie czuję. I mam wrażenie, że wciąż jestem pomijana w najważniejszych decyzjach dotyczących -również- mojego życia. Bo on postanowił, bo on ma takie plany, nie inne.

A ja ? Czy kiedykolwiek zapytał czego ja chcę? Nawet jeśli tak, to było bardzo wymuszone pytanie i w cale nie oczekiwał odpowiedzi.

Mam cierpliwie czekać. Aż dorośnie, aż zechce, aż poczuje że jest gotowy. Aż zrobi tą swoją karierę, założy wymarzoną firmę, kupi mieszkanie na kredyt.

Pewnie wiele osób twierdzi, że nie potrzebnie naciskam, że powinnam dać mu czas. Naprawdę chciałabym żeby to wyszło od niego. Bardzo żałuję że się tak nie stało. Ale kiedy patrzę na moich znajomych, przyjaciół jacy są szczęśliwi, jak planują wspólne życie, myślę sobie czemu ja nie mogę mieć prawa do takiego szczęścia?

Kiedy pytam mówi, że on tego chce. Ślubu. Dziecka. Naszego życia. Wiem jedno. Jeśli się czegoś chce to robi się wszystko by to osiągnąć, dąży się do tego, szuka się rozwiązań. Więc jego słowa, że chce…to tylko kłamstwa, które mają poprawić mi humor i choć na chwilę odciągnąć uwagę. A ja nie zasługuje na kłamstwo. Nie od niego.

Wczoraj naszło mnie na wspomnienia. Usilnie chciałam przypomnieć sobie jak było między nami kiedyś. Zaczęłam przeszukiwać stare rozmowy, sms-y. Brakuje mi tego człowieka, który pisał że nikogo tak nigdy nie kochał, że czekał na taką osobę całe swoje życie i będzie walczył o jej szczęście. Brakuje mi tego poświęcenia, tej iskry która potrafiła rozpalić każdy płomień.

Wysłałam mu screena z naszych pierwszych wiadomości. Odpisał tylko “ok, no co Ty dziś masz taki nastrój?”. Tyle. Nawet nie zareagował kiedy napisałam, że chciałabym żeby było jak dawniej.

Boli mnie to, że już sama nie wiem co mam myśleć, co czuć. Nie wiem czy moje uczucia naprawdę są moje.

Chciałabym iść na spacer. Pomilczeć przez chwilę, poczuć tą miłość tak naprawdę. Bez udawania i kłamstw. Poczuć, że to w ogóle ma jakiś sens.

W tym momencie tego nie czuję.

Po drugiej stronie tęczy.

Cztery lata.

Z jednaj strony to dużo, nigdy nie byłam w tak długim związku. Nigdy jeszcze nie planowałam swojego życia na tak poważnie. Ale myślę też, że to bardzo mało. Czy w cztery lata można kogoś poznać ? Czy to wystarczy by wiedzieć o nim wszystko? By móc podjąć decyzję, czy z tą osobą chcemy być na zawsze? Niektóre pary są razem dziesięć lat po czym dochodzi do rozwodów. Więc czy tu warto szukać jakiejś reguły?

Wczoraj nie mogłam usnąć, patrzyłam jak śpi i myślałam, co robimy nie tak? Czemu nie możemy po prostu cieszyć się tym co mamy, bez tych ciągłych uszczypliwości, udowadniania sobie na siłę kto tu rządzi.

Czasem jestem zmęczona. Mam ochotę tylko go przytulić, poczuć że jesteśmy blisko. Ale mam wrażenie, że nie zawsze on tego chce. I moje wyobrażenia sprawiają, że odsuwam się od niego. Czekam na gest, który nigdy nie następuje. Zapewnia mnie, że wszystko jest ok, ale ja mam poczucie że coś nie gra. Ciągle złośliwości, zaczepki. Gdy pytam, czemu jest nieczuły odpowiada “przecież wiesz, że ja taki po prostu jestem”, po czym zaznacza, że przecież ciągle pokazuje mi, że mnie kocha. Błędne koło.

Brakuje mi czasem zwykłego gestu. Czułego słowa. Przytulenia. Zaczynam świrować, zastanawiać się czy oby to nie moja wina? Może to dlatego że mu się nie podobam? Albo się znudził? A może ma kogoś na oku? Nie, to nie możliwe. Wiedziałbym.

I co dalej? W jakim kierunku to zmierza? Kilka dni temu stwierdził, że musimy wziąć kredyt na mieszkanie. Myśli o tym na poważnie bo przecież nie będziemy mieszkać wiecznie na stancji. Serio? Kredyt na 30 lat? A co z nami…? Kredyt ma być dowodem miłości i połączyć nas na resztę życia? Zapytałam jako kto mamy wziąć ten kredyt. Odpowiedział: “No to zalegalizujemy ten związek”. ZALEGALIZUJEMY. Jak butlę z gazem albo działalność gospodarczą.

Moje koleżanki powtarzają, że w życiu nie wytrzymałyby z takim facetem jak mój A. Czasem mnie to śmieszy ale mają rację. Bardzo ciężko jest z nim wytrzymać. Błyskotliwy, towarzyski, czarujący, a z drugiej strony zimny, praktyczny, do bólu szczery.

Pytam sama siebie, co dalej?…Gdzie zmierzamy i co będzie na końcu drogi?