Crossfitowy powrót na salony

Dawno mnie nie było. Przez pracę, obowiązki, a tak naprawdę nie było o czym pisać. O złych rzeczach nie chciałam, o niczym dobrym nie było okazji. Komedia rodzinna nadal odgrywa się w trzech aktach, a ja jak zwykle jestem między młotem a kowadłem. Nie ma sensu roztrząsać pewnych spraw. Z A. też ostatnio układa się różnie. Jak to w związku, raz jesteśmy na dole, raz na górze (bez zbędnych skojarzeń 😊).

Poczułam, że w jakimś sensie muszę się uwolnić. Od rodziny, od całej tej dziwnej sytuacji. Najchętniej wyprowadziłabym się kilkaset kilometrów dalej, ale skoro to jest niemożliwe, stwierdziłam że muszę uwolnić się przynajmniej mentalnie. Znaleźć coś co będzie tylko moje, gdzie nie będzie matki, ojca, a nawet mojego narzeczonego. I tak wróciłam do ćwiczeń po ponad dwóch miesiącach nieobecności na siłowni. Nie uwierzycie, bo ja też nie wierzę ale zapisałam się do grupy CROSSFITOWEJ dla kobiet. Crossfit- czujecie to? Ja i crossfit 😃 Bardziej spodziewałabym się po sobie jogi albo aerobiku. Do grupy wciągnęła mnie koleżanka z pracy i o dziwo, to coś dla mnie. Po godzinie treningu jestem tak zmęczona, bolą mnie wszystkie mięśnie i zasypiam jak dziecko. Całkowity reset. Jakby ktoś nacisnął guzik i wszystkie problemy się rozpłynęły. No i niedługo będę miała sylwetkę niczym Chodakowska 😂

Chyba mój narzeczony nie jest zbyt zachwycony, ale będzie musiał to przełknąć. Gdyby zobaczył mnie ciągnącą linę na treningach na pewno padł by ze zdziwienia. Musiałam jednak znaleźć odskocznię. Każdy musi mieć coś takiego, by nie zwariować. Mam całą listę rzeczy, które jeszcze powinnam dla siebie zrobić. Przede wszystkim ogarnąć kwestie zdrowotne. Ale to ciągle jakoś umyka. Ciągle obiecuję sobie, że zrobię zaległe badania a potem jakimś cudem zapominam zapisać się do lekarza. Dziwny zbieg okoliczności. Ale może warto, tak choć raz pomyśleć tylko i wyłącznie o sobie. Nie o partnerze, rodzinie, nawet dzieciach i niezmytych naczyniach w zlewie. Tylko i wyłącznie o sobie. Dać sobie ten luksus, jakim jest chwila czasu tylko dla siebie. Nowa fryzura, paznokcie, tatuaż? Czy na to nie zasługujemy? Bo kim będziemy dla innych, skoro dla siebie będziemy nikim?..

Advertisements

O tym, czym naprawdę jest związek.

Zmieniłam się. Ostatnio to zauważyłam, że bardzo przez te kilka lat, odkąd jesteśmy razem się zmieniłam. To normalne, każdy kto wchodzi w związek, przebywa z drugą osobą w jakimś stopniu dopasowuje się do jej oczekiwań, przejmuje jej poglądy, zachowania. Czasem wpływ partnera przynosi nie najlepsze skutki, ale bywa i tak, że jest zbawienny. Mi nasz związek na pewno pozwolił dojrzeć, otworzyć oczy szerzej na pewne sprawy. I myślę, że on też dojrzał. Tak sobie dojrzewamy wspólnie od pięciu lat.

Odkąd jesteśmy razem nabrałam dystansu, do siebie i innych. W momencie kiedy on stał się najbliższą osobą w moim życiu, spojrzałam na innych, niegdyś najbliższych z zupełnie odmiennej perspektywy. I przewartościowałam swoje życie. Mówi się, że jedno zawsze w związku przeciąga to drugie na swoją stronę. Jak jest u nas? Chyba jesteśmy po środku. Stworzyliśmy własną stronę i ani on, ani ja przesadnie nie ciągniemy do rodziny któregoś z nas. Jesli miałabym określić, czyją stronę wybraliśmy, naprawdę byłoby to trudne zadanie.

Związek to ścieranie się dwóch charakterów, mniej bądź bardziej różnych od siebie. To spotkanie dwóch osób, które są inaczej wychowane, inne mają zwyczaje, wartości. Inny bagaż wyniosły z domu rodzinnego. Miłość jest cudownym uczuciem, ale bardzo, bardzo trudnym. We mnie zmieniło się bardzo wiele, niektóre zachowania przejęłam od niego, ale jednocześnie czuję, że wreszcie jestem naprawdę sobą. Chyba przy nikim na świecie nie czułam tego tak mocno. Mogę swobodnie zachowywać się w jego obecności i wiem, że zna mnie już tak dobrze, że nie muszę udawać. Przy nim dojrzałam do roli partnerki, przyjaciółki, kobiety, żony, matki. To nie trwało tydzień, miesiąc, rok, ale kilka pięknych, a czasem trudnych lat. Ostatnio powiedział, że chyba wreszcie się “dotarliśmy”. Ma rację, już wszystko co złe, wszelkie niezrozumienia, różnice zdań minęły. Teraz, mogę powiedzieć że jesteśmy partnerami, dojrzałymi, gotowymi by rozpocząć nowy rozdział. Myślę sobie, że tak to właśnie powinno się dziać, że musi minąć odpowiednia ilość czasu, by ludzie naprawdę byli siebie pewni i gotowi na małżeństwo. I to nie jest tekst rodem z ambony. Wręcz przeciwnie, to życie przygotowuje do tego etapu, nie nauki przedmałżeńskie trwające kilka tygodni.

Pamiętam, że na początku naszego związku, dosłownie kilka miesięcy po tym jak się poznaliśmy, mieliśmy małą wpadkę. Wtedy myślałam już, że jestem w ciąży, ale tak się nie stało. Myślę sobie czasem, co wtedy, gdybyśmy na tak wczesnym etapie poznawania się zostali rodzicami. Jestem prawie pewna, że dziś już nie bylibyśmy razem. Że nie dali byśmy rady sprostać tak ogromnym wyzwaniom, jakie niesie za sobą ta rola. Nie bylibyśmy wtedy na to gotowi. I choć dziś myślę, że jest mężczyzną mojego życia, to uważam, że to co mamy to nie zasługa wielkiej miłości, a tego co sami wypracowaliśmy. To czas i ciężka praca nad sobą sprawiła, że jesteśmy tu, w tym miejscu, a nasze uczucie jest dojrzałe. I nikt nie wmówi mi, że jak seks to po ślubie i że wspólne mieszkanie przed ślubem to grzech nie do przebaczenia. To naturalny proces poznawania siebie wzajemnie, docierania się i budowania trwałej, silnej relacji.

Ta relacja odbywa się czasem kosztem relacji z innymi. I to nie jest złe, to jest naturalne. Kiedy tworzy się własny związek, inaczej patrzy się na rodziców, rodzinę. Zaczyna się spostrzegać rzeczy które dawniej były nie zauważalne. Człowiek wyobraża sobie jak miałaby wyglądać jego własna rodzina i czego chciałby uniknąć, jakich błędów sam nigdy nie popełniłby względem swoich dzieci. Relacje z rodzicami się zmieniają. Czasem słabną. Ja kiedyś myślałam, że to matka jest moja najlepszą przyjaciółką. Ale okazało się, że w cale tak nie jest i nigdy nie było. To nie jego wina, że tak teraz na to patrzę. Dużo sobie uświadomiłam dzięki niemu, rzeczy które dawno powinnam dostrzec. Nigdy nie byłyśmy z matką tak daleko jak teraz i wiem już, że to się nie zmieni. To jest jedna z wielu naturalnych zmian. Takich, które były nie do uniknięcia. Bo związek to proces. Proces odkrywania siebie na nowo, konfrontowania swoich relacji z innymi i samym sobą, proces wielu wyborów. Czasem bardzo trudnych, ale nie do uniknięcia.

Ja zaczynam nowy rozdział. I czuję, że moje życie nabiera tempa.

Rozwiedzeni rodzice, a ślub ich dzieci.

Ostatnio natknęłam się gdzieś w otchłani Internetu na artykuł o tym, jaką traumą dla Pary Młodej okazało się wesele, gdy zaprosili na nie rozwiedziontch rodziców. Ojciec Panny Młodej pojawił się z nową żoną, a matka nie potrafiła tego znieść. Doszło do awantury i przepychanek. Najciekawsze przy tym były komentarze internautów. Zarzucali oni ojcu, że nie powinien w takim dniu zjawić się ze swoją nową rodziną, wiedząc że na weselu będzie jego była żona. Biedna, zraniona kobieta zrobiła z wesela swojej córki piekło, bo nie mogła pogodzić się z własnym rozwodem i to jeszcze w takim dniu jak ślub!

Mam nadzieję, że u nas nie będą latały noże nad głowami. Ale mamy podobny problem. Zarówno moi, jak i jego rodzice są po rozwodzie. Moja mama mimo to żyje z ojcem w przyjaznych relacjach, więc tu nie powinno być problemu. Liczę nawet na wspólny taniec! Oboje będą zaproszeni z nowymi partnerami. Ale po drugiej stronie pojawiają się schody. Tata A. ma kolejną żonę, a z nią dwójkę dzieci. Moja przyszła teściowa również żyje w nowym związku, ale poziom jadu związany z tym, że jej były mąż ułożył sobie życie, jest nadal bardzo wysoki. Dlaczego jednak mieli byśmy zaprosić ich bez obecnych partnerów? To nie nasza wina, że tak potoczyło się życie i nie zamierzamy ponosić za to konsekwencji. Jeśli oni uznają, że chcą przyjść sami proszę bardzo, ale to będzie ich decyzja. My nie zamierzamy ingerować i ograniczać ich woli. Druga żona ojca ma czuć się jak kochanka? Jak ktoś winny, wykluczony, pominięty i pozostawiony za drzwiami z kartką na szyi “nie zaproszona”? Dla mnie byłaby to co najmniej dziwna sytuacja. Jeśli rodzice nie potrafią się zachować, niech nie przychodzą w cale. Myślę, że nie ma tu znaczenia czy przyjdą sami, czy z osobami towarzyszącymi. W końcu.. Sami podjęli decyzję o rozstaniu, jako dorośli i świadomi ludzie. I dali sobie szansę na nowe związki, również świadomie. Jak mówi stare porzekadło: “naważyłeś piwa, to teraz je wypij”.

A co z podziękowaniami dla rodziców? Raczej wspólny taniec przy piosence “Wspaniałych Rodziców Mam” nie wchodzi tu w grę. Na początku myśleliśmy, żeby całkowicie wykreslić z programu wesela podziękowania. Najwyżej potem podziękować każdemu indywidualnie, bez publiczności. Potem wpadł mi do głowy pomysł, żeby najpierw podziękować mamom, a potem ojcom, tak by nie musieli stawać w parach na środku sali. Byłoby to niezręczne zarówno dla nich, jak i ich partnerów. Sama nie wiem jak to rozegrać, a Wy jak myślicie?..Co w ogóle myślicie o takich weselach?

Przyznam, że dla nas to też trudny temat. Dzięki Bogu to tylko ślub cywilny, bo nie wyobrażam sobie błogosławieństwa i wszystkich tych obrzędów religijnych w takiej sytuacji. Narobili nam ci nasi rodzice dylematów.. Muszą jednak zaakceptować to, że w tym jednym i wyjątkowym dniu to my podejmujemy decyzje. Oni muszą się dostosować i nawet jak coś im się nie podoba, zacisnąć zęby i uśmiechać się do siebie wzajemnie. Oni mieli już wspólną szansę, którą zmarnowali. Teraz niech dadzą tą szansę nam.

P. S. Dziś 26 urodziny A., choć wspólne świętowanie dopiero jutro. Zarezerwowałam stolik w restauracji i nadal poszukuję prezentu. Chcę by poczuł, że ja też potrafię o niego zadbać. A w sobotę kolejne przyjęcie weselne i znów będę poszukiwać ślubnych inspiracji ☺️🥰

Miłego końca tygodnia ☺️

Odkrywanie

Mój krótki urlop dobiegł końca. Dziś z samego rana spakowaliśmy walizki i wyruszyliśmy w trasę z nadzieją, że korki będą ciut mniejsze niż w dzień wyjazdu. Po drodze jeszcze Kraków- tam mieszka tata A., więc grzechem byłoby nie zajechać na kawę. Oprócz moich dolegliwości zdrowotnych, wypoczynek mega udany.

Pierwszego dnia zwiedziliśmy okolicę i przydrożne karczmy. Mam już taki zwyczaj, że kiedy tylko jestem w górach muszę zjeść prawdziwą kwaśnicę. Ta moja domowa nie smakuje tak samo. Drugiego dnia Zakopane. Miasto w długi weekend przeżywa ogromne oblężenie turystów. Nie jestem zwolenniczką tłumów, ale nawet to nie było w stanie popsuć mi humoru.

Droga na Morskie Oko zatłoczona, ale być pierwszy raz w Zakopanym i nie wejść na ten szlak to byłboby nie do pomyślenia. Nad samym jeziorem zrobienie zdjęcia bez ludzi w kadrze było wyczynem. To trochę przykre, że tak piękne miejsca są zdominowane przez bary, lane piwo z kija i mnóstwo badziewnych suwenirów. A konie ciągnące bryczki na samą górę… Nie miałabym serca żeby na nie wsiąść. Bardzo przykry widok.

Niestety na mniej popularne szlaki nie było czasu, ale obiecałam sobie, że kiedyś wrócę tu tylko po to by pochodzić po górach. Uwielbiam górskie wędrówki, wręcz przeciwnie do A. Poszliśmy jednak na kompromis. On poszedł ze mną na Morskie Oko, ale na Gubałówkę już pojechaliśmy wyciągiem, a kolejnego dnia obiecane termy. Na Gubałówce prawdziwy relaks. Poległam na leżaku i sącząc piwo wpatrywałam się w góry. I w błyski, które towarzyszyły głośnym grzmotom. Burza w górach jest piękna. Niestety mimo wszelkich starań, na zdjęciu udało mi się tylko uchwycić burzowe chmury i smugi deszczu, które padały na dolinę.

Już w drodze powrotnej z Morskiego Oka zaczęłam odczuwać zatoki, nie wiem czy to alergia, czy skutek działania klimatyzacji, ale było bardzo źle. Po przyjeździe do centrum Zakopanego pierwszym przystankiem była apteka. Kolejnego dnia ból zatok puścił na dobre. Gorąca woda w basenie zrobiła swoje, ale za to katar nie dał mi żyć. A więc ostatnia noc nie przespana. Trochę szkoda, bo mam wrażenie, że gdyby nie te dolegliwości mogłabym skorzystać nieco więcej z tego wyjazdu. Mimo to wypoczęłam, zrelaksowałam się i co najważniejsze- na luzie mogliśmy pobyć razem. Czułam się jak zakochana nastolatka wtulając się w jego ramiona. Czyli jednak się da, a takie nawet małe przerwy od codzienności mogą czasem zdziałać cuda 😊

Mam kilka wniosków po tej wycieczce. Zakopane to bardzo komercyjne miasto, ceny okropnie wysokie. Miasto zniszczone przez tłumy turystów i atrakcje, które służą przede wszystkim jako skarbonka dla lokalnych “przedsiębiorców”. Muzeum figur wojskowych, papugarnia, a nawet ogród zoologiczny żywych myszek. Wyobrażam sobie co dzieje się tam wieczorem, pewnie nie trudno znaleźć niezbyt wyrafinowany klub go-go i burdel. To zdecydowanie nie miasto dla mnie, ale przyjemnie przyjechać w nowe miejsce. Chętnie wrócę w okolice, bo góry tu są niezwykle piękne. Moim faworytem do niedawna był Beskid Sądecki ale Tatry, z pewnością mają inną moc.

A jednak mini wakacje!

Udało się. Stał się cud. No i przy okazji okazało się, że czasem warto posłuchać swojej mądrej przyszłej żony. Trzy dni poszukiwania noclegu, sto wykonanych telefonów i nic. Zaczęliśmy szukać już po całej Polsce i nagle znalazł się jeden, malutki pokój dla naszej dwójki. To jednak nie Mazury, a Góry, nieopodal Zakopanego. To może nie moje marzenie, ale nie ważne. Grunt, że powietrze inne niż w mieście. Cisza, spokój i odpoczynek.

Z jednej strony jestem na niego zła, że jak zwykle zabiera się za to za późno, z drugiej jeszcze mocniej kocham go za zaangażowanie i determinację. Jutro już będziemy daleko od domu i od tego całego pośpiechu. A ja… Zupełnie nie przygotowana! Przede mną sterta prasowania, mini zakupy i pakowanie. Nie lubię tego robić, ale to tylko 4 dni, więc nie planuję zabierać dużej walizki. Cieszę się z tego wyjazdu, nigdy nie jest za mało tych chwil tylko dla siebie. Lubię z nim podróżować, we dwoje zjeździliśmy już kawał Polski. Zdarzało się, że wyjeżdżaliśmy ze znajomymi, jednak oboje jesteśmy zgodni, że najlepsze wakacje to te tylko we dwoje. Nie ma nic lepszego niż wspólne spacery i odkrywanie nowych miejsc.

A więc wyłączamy telefony, uwalniamy się od Facebooka i Instagrama i w drogę! 🙂 A Wy jak spedzacie długi weekend? 🙂

Małe decyzje i nieudany urlop

Życie nie jest takie proste jak mi się kiedyś wydawało. Myślałam, że jestem zwykłą dziewczyną i pewnie w życiu spotka mnie wiele zwykłych rzeczy. Że będę sobie płynąć z nurtem rzeki, bezwładnie biorąc to co życie przyniesie. Dopiero teraz zaczynam rozumieć, że to nie tak. Że mam wpływ na każdy moment swojego życia i to ja go kształtuje. Ode mnie zależy czy będę płynąć z prądem i wtedy spotkają mnie te wszystkie zwykle rzeczy, czy zrobię coś, by przełamać ten algorytm.

Samo zalogowanie się na jakiejś głupiej stronie randkowej już nie było zwykle. A spotkanie z moim przyszłym mężem, którego wtedy traktowałam jak ktoś do towarzystwa na samotny wieczór, kompletnie zwariowane. Mnóstwo małych, z pozoru niewinnych decyzji decyduje o tym jak los dalej się potoczy. I dziś czuję, że mam ogromną władzę decydowania. Z jednej strony to super uczucie, w końcu mogę wszystko. Z drugiej ogromna odpowiedzialność, bo przecież moje decyzje nie wpływają tylko na mnie. Jest też trzecia strona. Jest ktoś, z kim mogę podejmować je wspólnie i to jest cudowne.

Przed nami długi, sierpniowy weekend. Mimo tego całego oszczędzania i spinania się co do wesela, okazało się że możemy sobie pozwolić na mały wypad. Straciłam wczoraj przez to cierpliwość. Prosiłam go od tygodnia, żeby się rozejrzał za miejscem, noclegiem. Przypomniało mu się wczoraj i oczywiście nie udało się już nic zarezerwować. Mazury przepełnione, nad morze trochę daleko, góry.. sama już nie wiem. Wkurzyłam się strasznie bo sam zobowiązał się, że czegoś poszuka. Potem spojrzałam na prognozę pogody. Niemalże w całej Polsce ma lać. A więc z weekendu raczej nic nie wyjdzie, a tak tego potrzebowałam. Takie sytuacje mnie dobijają. Ale cóż. Trudno. Założenie było takie, że w tym roku nigdzie nie wyjeżdżamy. Może to i lepiej. Nie zmienia to faktu, że jestem wkurzona. Nastawiłam się na chwilę oddechu. Jechać i ryzykować złą pogodą? No i gdzie jechać? To dopiero decyzja.

Miłego poniedziałku.

Własne cztery ściany i dach nad głową.

Czego chcieć więcej? Jestem pewna, że to marzenie większości młodych ludzi w tym kraju. Wolelibyśmy zamiast socjalu dostać klucze do mieszkania albo przynajmniej pomoc w jego uzyskaniu. Ale nie będę się nad tym rozwodzić zbytnio..

Jeśli chodzi o marzenia, to oczywiście chcielibyśmy jak najszybciej wyprowadzić się z wynajętego mieszkania. O niczym więcej nie marzę i mam wrażenie, że to naprawdę przyziemne marzenie. Ja jednak skupiam się tylko na tym “jak najszybciej”. On patrzy na to inaczej, pod kątem jakości. Wolałby poczekać jeszcze rok, dwa, trzy, może dłużej ale postawić własny dom, na własnej ziemi. A ja? Dla mnie to wciąż planowanie czegoś, bez najważniejszego gruntu, czyli finansów. Irytuję się, gdy o tym wspomina. Myślałam, że od razu po ślubie weźmiemy kredyt i kupimy mieszkanie, dom cokolwiek, oby jak najszybciej. Oby wreszcie zacząć wspólne życie, pod swoim własnym dachem. Męczy mnie świadomość, że nie jestem u siebie, że nic nie mogę zrobić po swojemu, że to takie chwilowe i nietrwałe. Wiem, że on myśli w innych kategoriach, bardziej praktycznych, na przyszłość. Ja jak zwykle, chcę wszystkiego od razu. Ale to wszystko, w moim przypadku sprowadza się do jednego. Chcę wreszcie mieć rodzinę. Chcę być żoną i matką. I to nie za dziesięć lat, ale w niedalekiej przyszłości. To nie ja, ale moja biologia chce tego wszystkiego jak najszybciej. Może i mamy na wszystko czas, ale czy on nie ucieka zbyt szybko? Moglibyśmy snuć plany co do budowy domu, gdybyśmy mieli stabilny grunt pod nogami, ale teraz go nie mamy. Możemy wynajmować mieszkanie jeszcze rok, dwa. Możemy i dziesięć lat. Ale jaki to ma sens..?

Postanowiłam jednak, że odpuszczam. Nie powiem już ani słowa i będę czekać cierpliwie. On i tak zawsze jest zdania, że ma rację. Typowy, zodiakalny Lew. Z jednej strony cieszę się, że chce wziąć odpowiedzialność i myśli tak przyszłościowo. Z drugiej.. wątpię w powodzenie tego planu, boję się że stracimy na to energię, finanse i kilka lat, które moglibyśmy przeżyć inaczej. Jednak… to on jest tu facetem. A więc, niech decyduje. A może sam się przekona i zmieni tor myślenia. Moje plany możemy odłożyć. Na za rok, za dwa, za kilka lat…Teraz skupmy się na ślubie, potem przyjdzie czas na resztę..

Trochę radości i trochę smutku

Trzy razy, albo i więcej zabierałam się do wpisu o weselu mojej ciotecznej siostry, które odbyło się w sobotę. Chciałam Wam napisać jakie odczucia miałam jako bardziej baczny obserwator niż gość 🙂 Nie wymaga to jednak całego wpisu, ale kilku zdań. Wybawiłam się za wszystkie czasy, obcas złamany, sukienka zalana winem. Czyli było dobrze 😏 Organizacyjnie do kitu, źle pousadzani goście, bardzo mało miejsca, zupy podawane w dziwnych naczyniach, że prawie goście powylewali je na siebie. Jedzenie niezbyt smaczne. Ale orkiestra uratowała całość! Czyli jednak muzyka, jest na weselu najważniejsza. Państwo Młodzi byli piękni, wyluzowani, niczego im nie brakowało. Ja dzięki temu przyjęciu, mam już coraz wyrazniejszą wizję własnego. Moja artystyczna dusza nie mogłaby się tu nie wykazać 😏 Mam już w głowie obraz dekoracji, świateł, kolorów. Oj tak, będzie cudownie.

No i o weselu to wszystko. Mieliśmy z A. mały kryzys, ale na razie jest dobrze. Boję się coraz bardziej tych małych kryzysów. W końcu już zostało tak niewiele czasu, musimy jakoś rozwiązać pewne sprawy…Postanowiliśmy, że jednak wyskoczymy na kilka dni na Mazury. Nie wiem, czy to dojdzie do skutku, ale czuję że dobrze by nam to zrobiło. Wiadomo, że trzeba się spinać by odłożyć na wesele, ale nie można przy tym zaniedbywać siebie. Zasługujemy na to, tym bardziej że w pracy wrze. Gdybym miała prowadzić blog o sytuacjach, które mnie spotykają, był by on pełen smutnych treści. Radość, sukcesy w mojej pracy to rzadkość.

Kilka dni temu zostałam zaatakowana przez agresywnego mężczyznę. Wyskoczył do mnie z pięściami, próbując mnie wystraszyć. Mało brakowało by doszło do rekoczynów. Na szczęście nie stało się nic, oprócz mojego przerażenia. Nie miałam możliwości wezwać pomocy, zadzwonić po ochronę, nic. Byłam zdana na siebie, a to bardzo nieprzyjemne uczucie. Tak to wygląda na codzień. Czasem myślę, czy nie zmienić zawodu. W końcu ludzie przekwalifikowują się nawet kilka razy w życiu. No nic, na razie nie mam innych pomysłów na siebie.

U Was też tak leje? 🙂🌧️⛈️

Opowieści z życia

Dziś będzie opowieść. O pewnej dziewczynie, którą życie popchnęło w bardzo złym kierunku. Historia o młodości i błędach, o tym jak ciężko wejść po schodach, z których niespodziewanie spadło się na sam dół ciemnej i zimnej piwnicy. I o przyjaźni, choć bardzo fałszywej i raniącej. W tej opowieści grałam kiedyś jedną z głównych ról, choć może mało kto już o tym pamięta.

Zaczęło się w szkole średniej, wtedy ją poznałam. Imponowała mi od samego początku. Czym? Sama nie wiem, może bardzo luźnym usposobieniem i podejściem do życia na zasadzie “najważniejsze jest to, co jest tu i teraz”. Pierwszy papieros, pierwsze upicie się do nieprzytomności, pierwsze poważne wagary i ucieczki z domu. Starsi faceci i wchodzenie w dorosłość w bardzo ciężkich butach. Robiłyśmy to wszystko razem, choć dla niej to na pewno nie był pierwszy raz. Nie dziwię się, matka alkoholiczka, ojciec gdzieś w świecie. Wciąż sama w domu, zdana tylko na siebie. Na zewnątrz pełna energii imprezowiczka, łamiąca kolejne męskie serca, a w środku bardzo krucha i zagubiona dziewczyna. Nie potrafiła kochać naprawdę, tak jak nie potrafiła się przyjaźnić. Nie wiem już ile razy mnie zawiodła, ale robiła to raz po razie. A ja… wciągnęłam się w ten tryb życia i zawsze wracałam. Odpowiadało mi, że świat należy do mnie, że jestem wolna i nie mam ograniczeń. Rzeczywistość jednak była zupełnie inna. Alkohol, kilkudniowe imprezy z ludźmi, których widzisz po raz pierwszy w życiu, spanie w nieznajomych miejscach. Niebezpieczeństwo i adrenalina granicząca z uzależnieniem. Swój dom traktowałam jak hotel, a dla niej.. były momenty, że mogłabym zrobić wszystko. Miejsca, ludzie, zdarzenia, w które innym trudno byłoby uwierzyć. Zatargi z policją i bywanie w środowiskach, gdzie mogłaś kupić wszystko. Dosłownie. Bardzo łatwo wpaść w to bagno, ale decyzja o wyjściu z niego to tylko mały kroczek. Potem zaczyna się prawdziwa droga. Mi się udało. Miałam dużo determinacji. Choć uciekałam i wracałam wielokrotnie. Potem, gdy już to było za mną, uświadomiłam sobie, że jestem sama. Nie mam żadnych znajomych, bo wszystkich zostawiłam w tym bagnie. Oni tam tonęli, a ja złapałam świeży oddech pływając po powierzchni. Teraz relację z nią opisałabym jedym stwierdzeniem: toksyczna znajomość. Dziś wiem, że manipulowała mną od samego początku, byłam jej kotwicą i nie pozwalałam całkiem zatonąć. Potem zerwałam znajomość z dnia na dzień, nie było innego wyjścia. Dziś spotkałam ją ponownie, choć trzymałam się na dystans. Zobaczyłam kobietę z brzuchem w powyciąganej sukience, zaniedbaną i niezbyt świeżą. Kupowała papierosy. Pomyślałam.. Gdybym wtedy została? Co dziś byłoby ze mną? Pewnie wyglądałabym podobnie. Skończyła bym z konkubentem, który bije i pije, a po nigdy nie kończącej się imprezie nie było by śladu. Uświadomiłam sobie, że byłam o krok od zmarnowania sobie życia. O jeden mały kroczek od przekreślenia tego wszystkiego co mam dziś. Szkoda mi jej. Z jednej strony myślę, że ludzie sami dokonują wyboru, a z drugiej że przecież to nie jej wina że miała tak trudne życie.

Gdy nie masz matki, ojca, bardzo łatwo wpadasz w towarzystwo, które Ci to zastępuje. W butelce topią się wszystkie smutki i żale. A kiedy tracisz świadomość, już nic się nie liczy. Nagle obcy ludzie stają się dla Ciebie jak rodzina. W końcu wszyscy macie te same problemy. Przykre, ale prawdziwe. Mogę usunąć wszystkie zdjęcia, zmienić fryzurę, a nawet nazwisko ale nigdy nie zapomnę tamtego czasu. Dziś patrzę na siebie ze wstydem. Żałuję każdego momentu od rozpoczęcia technikum, aż do ostatniej klasy, kiedy postanowiłam że zmieniam swoje życie i idę na studia. Zmarnowałam prawie cztery najpiękniejsze lata u jej boku. Nic mi tego nie wróci. Ale na szczęście przede mną jeszcze wiele. Jeśli się chce, to można. Można wszystko zmienić.

Tak zwyczajnie, czyli do d…

Powinnam wyprowadzić się na Marsa. Jak najdalej stąd. Nie widywać rodziny, bliskich. Tylko ja i moje własne życie.

Nie warto rozwijać tego tematu. Nic nie warto już mówić, pisać, krzyczeć, tłumaczyć. Trzeba się odciąć, choć na razie jadę na melisie z nadzieją, że naprawdę uspokaja.

Dziś randka. Kino, popcorn, komedia i szpilki. Muszę skupić się na własnym związku, bo ta relacja ostatnio jest mocno nadwyrężona. Choć o tym też nie warto zbyt wiele pisać. Czasem zachowujemy się jak dzieci, jakbyśmy byli ślepi. Jakbyśmy nie widzieli już nic oprócz własnych interesów i złości. A to co leży u podstaw, gdzieś zanika. Boli mnie to, że czasem tak bardzo się krzywdzimy, z pełną premedytacją. Co będzie dalej? Da się zmienić to ot tak? A co, jeśli nie.. ? Chcę żeby ten głupi czas minął, żebyśmy wreszcie zaczęli się cieszyć z tego co mamy.

Miłej środy. Zastanawiajcie się nad swoimi czynami dwa razy, to podobno rozwiązuje problemy.