Urlop. Tydzień pierwszy.

Był plan. Miałam wygrzewać się nad wodą i opalać moje białe jak mąka ciało. A pada, jest zimno i nie chce mi się nawet wychylać nosa zza drzwi. Taki to urlop. Na szczęście zapasy żywności zrobione i nawet chleb upiekłam, ot co!

Siedzenie w domu ma plusy. Umyłam wszystkie okna, odkurzyłam każdy kąt. Obejrzałam dwa sezony ulubionego serialu. I nawet podoba mi się to nic nie robienie. Wieczorami wychodzimy na piwo, gramy w pokera i “mistrzów słowa”. Jak dla mnie, pełen luz. W wolnej chwili robię biżuterię, bardzo mnie to relaksuje i mam już dodatki do każdej sukienki!! 😊

Leżąc w wannie, oglądając filmy, spacerując, dużo rozmawiamy. O weselu, ślubie, o naszym przyszłym domu. O rodzicach i o tym, że sami świetnie dajemy sobie radę, bez ich pomocy. Mamy w końcu plany, marzenia, które coraz bardziej stają się realne. I na serio zaczynamy w nie wierzyć. Projektujemy w głowie nasze wspólne życie, i nie możemy się doczekać kiedy będziemy mogli wdrażać to wsyztsko w rzeczywistość. Przestajemy się martwić, a zaczynamy cieszyć i ekscytować ślubem. Doszliśmy do wniosku, po wielu kalkulacjach i przemyśleniach, że ze wszystkim sami sobie damy radę. A to bardzo pocieszająca myśl.

Możemy brać się za organizację. Wybraliśmy już cukiernię, która zrobi nam najpiękniejszy tort weselny na świecie, w przyszłym tygodniu jedziemy oglądać samochody ślubne. Byliśmy też w urzędzie zapytać o formalności, ale tu okazuje się że sprawa jest bardzo prosta. Wystarczy zgłosić się na trzy miesiące przed ślubem, a wszystko będzie ustalone. Zdecydowaliśmy się też na motyw przewodni wesela. Będą wrzosy. Kocham te kwiaty, ich zapach i kolor. Będzie pięknie. Przeglądamy dodatki z tym motywem i jesteśmy coraz bardziej podekscytowani. To będzie nasze, wymarzone wesele. Nie mogę się doczekać ❤️ Ja oczywiście już przeglądam modele sukien ślubnych i mam pewien zarys. Klasyka, prosty krój, odkryte plecy, śmietankowa biel. Mam nadzieję, że uda mi się taką znaleźć, wypożyczyć, bądź odkupić. Na razie jeszcze jest za wcześnie, na wszystko mamy mnóstwo czasu. A potem już tylko my. Nasz dom. Nasza rodzina.

Advertisements

Bezpieczna przystań

Niebo dziś jest wyjątkowo błękitne. Upał trochę ustąpił. To dobrze, bo wysoka temperatura bardzo źle na mnie wpływała. Mogę złapać wreszcie oddech, w końcu od poniedziałku wyczekiwany urlop. Z wakacji w tym roku nici, wiecie- trzeba odkładać na wesele. Z jednej strony to dobrze, bo możemy nadgonić z zaległymi sprawami. Na przykład iść do lekarza, zrobić badania z którymi zalegam od dawna. Możemy też na spokojnie przejrzeć oferty kredytowe. Z jednej strony, cholernie boję się kredytu na mieszkanie, z drugiej bardzo chciałabym być już u siebie. Urządzać własną kuchnię, wybierać meble do salonu. Dopada mnie ogromna frustracja kiedy patrzę na te stare ściany w wynajmowanym mieszkaniu, a kiedy wyglądam przez okno i widzę te wszystkie bloki dookoła, mam ochotę stąd uciekać. Powtarzam sobie wciąż w mysli: “jeszcze trochę, wytrzymasz”. Myśl, która mnie ratuje, to wyobrażenie o własnej rodzinie. Może jestem monotematyczna, ale niczego innego w tym momencie nie chcę.

Rodzina. Dałabym wszystko, by moje dzieci nigdy nie miały takiego żalu, jaki ja mam do swoich rodziców. Bardzo chciałabym się od tego odciąć, ale nie potrafię. Chyba jeszcze nie teraz. Nie wiem co powinno się stać żebym mogła pozbyć się tych uczuć, dać sobie szansę na tworzenie czegoś nowego. Mam wrażenie, że jestem uwikłana w chorą relację zarówno z matką, jak i ojcem. I każde z nich zawodzi mnie na swój sposób, wciąż na nowo. Pozwoliłam ojcu by znów pojawił się w moim życiu. Umówił się ze mną na spotkanie, po czym nie przyjechał. Matka działa wciąż na dwa fronty. Nie wiem czy komukolwiek mogę ufać. Czuję się rozbita na kawałki, z czego każdy z nich porozrzucany jest w innym kierunku. Nie ma tu stabilnego gruntu. Nie ma bezpiecznej przystani, do której mogłabym wrócić w razie, gdyby moje życie miało się zawalić. I myślę, że gdyby coś się wydarzyło, gdyby z A. nie wyszło, a to przecież tylko życie… Co miałabym ze sobą zrobić? Gdzie pójść? Nie lubię tego uczucia. Przekonania o tym, że jestem zdana sama na siebie. Że tak naprawdę jedyną moją rodziną jest on.

Wciąż zastanawiam się jak wyleczyć się z tej toksycznej relacji z rodzicami, co zrobić nie być taką naiwną… Nawet na myśl przyszła mi terapia. Może profesjonalista pomógłby mi uporać się z tym poczuciem krzywdy, które determinuje moje życie. Może. A może byłaby to kula w płot. Do tego chyba jeszcze nie dojrzałam. Na razie gdzieś wokół tego kłębią się moje myśli, ale nie wiem czy potrafiłabym opowiedzieć to wszystko komuś obcemu, tak prosto w twarz. Bałabym się oceny. Tego, że ktoś mi powie, że to moja wina. Że sama jestem powodem takiego stanu, który za wszelką cenę chcę usprawiedliwić. Wiem, że terapia mogłaby być oczyszczeniem. Na pewno takiego wartoby było dokonać, szczególnie zanim sama zacznę zakładać własną rodzinę. Ale jeszcze nie teraz. Może kiedyś wstanę z łóżka i po prostu pójdę do terapeuty, może to będzie taki strzał. Niestety nie jestem na to jeszcze gotowa. Jeszcze nie dziś.

Matka Polka, czyli jak żyć z 500+ i jadać kawior na śniadanie

No może z kawiorem przesadziłam, ale niektóre Matki 500+ są naprawdę zaradne. Tego pojęcia chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, gdyż w erze dobrej zmiany taką matkę każdy ma gdzieś obok siebie. Czasem to sąsiadka, czasem ktoś z rodziny, a może zupełnie obca osoba znana z opowiadań znajomych. Przed “500+” takie matki też istniały i miały się bardzo dobrze, choć może nie było ich stać na paznokcie hybrydowe i nowe fryzury raz w miesiącu. Żyją z dnia na dzień jakby świat miał się skończyć, nie myśląc o tym co dadzą do jedzenia swoim dzieciom kolejnego dnia. Pieniądz jest tylko rzeczą nabytą. Coś się wykombinuje, coś się ukradnie, coś się sprzeda. Niestety często wchodzi tu w grę alkohol. I faceci, destrukcyjni, niezaradni jak one same, pasożyci społeczni. Często bezrobotni przemocowcy.

Wsiadasz do komunikacji miejskiej, widzisz kobietę z trójką dzieci i słyszysz: “Brajan, k***a usiądź na dupie!”, a potem widzisz przykrótki t-shirt, podarte szorty, kolorowe paznokcie i mocny, niechlujny makijaż. Myślisz: nie można zbyt pochopnie oceniać ludzi, ale już wiesz, że to Matka 500+. Są widoczne z odległości kilometra. W każdym dużym i mniejszym mieście. Z jednej strony współczujesz, z drugiej czujesz frustrację faktem, że utrzymujesz ją, jej dzieci i bezrobotnego konkubenta z własnych podatków.

Taką matką jest moja siostra, choć na szczęście tu alkohol nie wchodził nigdy w grę. Za to ogromna, porażająca niezaradność życiowa, brak perspektyw, jakiegokolwiek spojrzenia w przyszłość. Nigdy o niej nie pisałam, bo jest to dla mnie temat trudny i jeden z tych bardziej bolesnych w moim życiu. Ona jest dla mnie jednym wielkim absurdem. Zupełnym przeciwieństwem mnie, jak gdybyśmy nie były spokrewnione. A najlepszym punktem tej historii jest to, że choć bym bardzo chciała, nie potrafię odnaleźć jej odpowiednika w naszej rodzinie.. Nawet moja matka, choć zimna i niesprawiedliwa osoba, nigdy nie prezentowała sobą takich wzorców. Więc jak? Skąd to się wzięło? Jak doszło do tego, że moja własna, rodzona i jedyna siostra poszła taką drogą…?

Od zawsze sprawiała problemy. Była inna. Wyróżniała się z naszej trójki. Szukała przygód, nie potrafiła odnaleźć się w żadnej szkole, co w efekcie doprowadziło do tego, że ukończyła pierwszą lepszą zawodówkę. Ale gdybym miała opowiadać tu o niej i jej przygodach, o facetach i powrotach nad ranem, musiałabym założyć osobnego bloga. Dziś ma ponad 30 lat. Trójkę dzieci, które mają różnych ojców, konkubenta przemocowca na utrzymaniu, jak to zwykle bywa w takich historiach. I mieszkanie socjalne otrzymane od miasta. Może nie luksusy, ale małe, dwupokojowe mieszkanko, w starej kamienicy w ścisłym centrum miasta. Dostała je za darmo, jako samotna matka, utrzymująca się ze świadczeń rodzinnych. Przez te wszystkie lata, kolejne ciąże i przygody, ucieczki z domu, bo kolejny facet bił, albo pił, albo wyrzucił na bruk. I w tym wszystkim ja i moja matka. Wieczne uganianie się za nią. Przewożenie rzeczy z jednego miejsca na drugie. Prośby i błaganie, żeby zmieniła swoje życie. Ja w pewnym momencie odpuściłam. Zdałam sobie sprawę, że muszę skupić się na własnym życiu, bo tego już nie uratuję.

Moja matka nadal jej pomaga, lituje się, usprawiedliwia. Kryje jej wybryki, okłamuje w jej imieniu wszystkich wokół, mnie i siebie również. Ja już nie mam na to siły, za wiele czasu zmarnowałam. Dla mojej matki to będzie zawsze najważniejsze dziecko, bo nadal jako 30 letnia kobieta, nie dorosła do życia. Gdyby ktoś miał postawić mnie i ją pod ścianą, i zapytałby mojej matki “kogo wybierasz?”, odpowiedziałaby że moją siostrę. Bo ja zdaniem matki zawsze sobie w życiu poradzę, a ona.. jest taka biedna i niezaradna. Wiecznie wymagająca pomocy. I tak, cała uwaga mojej matki skupia się tylko na niej. Zawsze mnie to bolało, bo nigdy nie otrzymałam od matki tyle uwagi co ona. Wykształciłam się, znalazłam stabilną pracę, porządnego faceta, jednak to nie wystarczyło bym stała się dla matki ważniejsza.

Banalna sytuacja. Wspólne zakupy z matką. Miało być fajnie, przyjemnie, miałyśmy spędzić trochę czasu razem. Ale nie. Znów pojawiła się ona pod pretekstem zakupu kreacji na wesele. Dosłownie biegałyśmy za nią po najdroższych sklepach przez ponad dwie godziny. Pieprzone dwie godziny matka nadskakiwała córce i doradzała w zakupie. Pomyślałam tylko: “k***a, co jest?”. Ja, pracująca na etat nawet nie pomyślałabym żeby wejść do sklepu z tak ekskluzywną odzieżą, a ona, utrzymująca się ze świadczeń na dzieci i alimentów kupuje kieckę za 400 zł… Dla mnie to miesięczne rachunki za media, opłata leczenia dentystycznego albo kwota do odłożenia na konto. Dla niej to tylko kilka złotych, które dostaje co miesiąc od państwa. Nie zarobione, ani zapracowane. To wypłata za głupotę, niezaradność, lata próżności i bezmyślności.

Może stąd we mnie tyle goryczy, poczucia niesprawiedliwości. Żalu, że moje życie nie wygląda tak jak bym tego chciała. Na każdym kroku jest mi trudniej, do wszystkiego ciężej mi dojść, podczas gdy ona ma o wiele więcej. Ma miłość i wsparcie matki, której ja nigdy nie doświadczyłam. Czy warto więc w życiu tak się starać? Pracować?.. Skoro wszystko można mieć za darmo?…

Coś dla zabieganych, czyli kolejny powód do miłości

I jak tu go nie kochać? No jak? Czasem wkurza tak, że mam ochotę trzasnąć drzwiami i zostawić to wszystko za sobą, a za chwilę potrafi wszystko wynagrodzić (choć nadal nie przestaje wkurzać). Dbając o swoją przyszłą żonę i Panią Domu postanowił jednak ułatwić jej życie. I to jak! A że mój narzeczony to typ osoby, która ze wszystkimi nowinkami technicznymi jest na bieżąco, zawsze znajdzie coś odpowiedniego dla naszej dwójki. Tym razem wybór padł na Multicooker. Słyszałam o tym ustrojstwie już co nie co, ale nigdy wcześniej nie zatrzymałam się na dłużej by poczytać o nim więcej. Do tej pory nie narzekałam na to, że obiad muszę gotować w kilku garnkach i że zajmuje mi to wiele czasu. Narzekałam jedynie na naczynia, bo ich zmywać nie cierpię. Niestety w naszej maleńkiej, wynajmowanej kuchence miejsca na zmywarkę brak więc musiałam pogodzić się z gąbką i płynem do naczyń. Swoją drogą, to zadziwiające jak dwie dorosłe osoby i pies mogą produkować tak wiele brudnych naczyń dziennie… 🤔

Ale wracając do tematu. A. wszystko przemyślał i przeczytał tysiąc opinii zanim poinformował mnie o nowym zakupie. Typowy on. Zostałam więc postawiona przed faktem dokonanym, czego zupełnie nie żałuję. On dobrze wie, że jestem w gorącej wodzie kąpana, więc zechciał oszczędzić mi zbytniego stresu 😊Dwa dni oczekiwania na przesyłkę były dla mnie wystarczająco niecierpliwe. Kiedy otworzyłam paczkę zobaczyłam coś z wyglądu przypominającego… frytownicę, jednak multicooker ma całkiem inne zastosowania. Można w nim gotować zupy, a także przyrządzać o wiele bardziej skomplikowane dania, od wszelkiego rodzaju makaronów, po bigos i żeberka w sosie amerykańskim. Pierwszym daniem, które multicooker mi ugotował była zupa meksykańska. Wyglądem ani zapachem w ogóle nie różniła się od tradycyjnej, gotowanej w garnku. A smak? Myślę, że na próżno poszukiwać tu różnic. Jedna ważna zaleta takiego gotowania : ilość tłuszczu w zupie z multicookera jest znacznie mniejsza, gdyż na 5 litrową misę w tym przypadku wystarczyło zaledwie 3 łyżki oleju! Więc jest zdrowiej.

To co mnie zaskoczyło to fakt, że w tym urządzeniu można także piec ciasta (!!), chleb, robić własnej produkcji jogurty, dżemy, powidła. To cudo jest idealne dla zabieganych, ale też osób które nie mają talentu kulinarnego (książka kucharska załączona do kompletu zawiera mnóstwo prostych przepisów). Dla nas to duże ułatwienie, co tu dużo mówić.. czasem naprawdę nie chcę się gotować obiadu dla dwóch osób. A tu? Wrzucasz wszystko do jednej misy, ustawiasz program i bang! Gotowe! Po dwóch dniach użytkowania jestem zachwycona. A dziś? Moje pierwsze ciasto z multicookera 😄 Wybór padł na zebrę, która przed upieczeniem wygląda tak:

A po upieczeniu bardzo podobnie:

Najpiękniejszy jest jednak efekt końcowy 😍

Nie wierzę nadal, że jedno urządzenie może tak wiele, gdyż zazwyczaj mam lekki dystans do różnego rodzaju cudów techniki. Nie wiem czy wśród Was jest posiadacz/ka multicookera, jeśli tak to chętnie wymienię się przepisami 😄 Tak mała rzecz, a cieszy…😊🍲🍳🥧 I tak ułatwia życie 😊 To dowód na to, jak niewiele potrzeba, by zadowolić kobiece serce.. ❤️

P.S. Ten wpis nie jest reklamą firmy Philips 😄😂

Jesteśmy siebie warci.

Muszę się z Wami czymś podzielić. Mam nowego obserwatora moich postów. Mój blog wzbogacił się o wiernego fana, który cichaczem zakrada się tu, bacznie śledzi i obserwuje czy oby moje słowo pisane nie wymyka się spod kontroli. Tak, to mój cudowny narzeczony między linijkami wyszukuje każdej, choć najmniejszej wzmianki o swojej osobie, licząc że gdzieś padnie miłe słówko, dzięki któremu będzie mógł urosnąć choć o kilka centymetrów 😊 Pozdrowionka dla niego!! 😚

No właśnie, jak to jest? Czy Wasi bliscy czytają?… Ja przed nim nigdy nie ukrywałam, że bloga posiadam, no bo po co? Jeśli ma ochotę, serdecznie zapraszam 🙂 Nie jestem za budowaniem relacji na tajemnicach i małych sekrecikach, a w szczególności na kłamstwie. Znajomi i rodzina nie wiedzą. Nie widzę tu sensu informowania osób, których to nie dotyczy, choć pewnie niektórzy by się odnaleźli w moich postach. Mam potrzebę pisania, a kiedy poczuję że już wystarczy pewnie przestanę. Teraz jednak, w momencie życia w którym jestem, w jakiś sposób mi to pomaga. Wiem, że on nie do końca to rozumie, czemu wyrzucam pewne rzeczy z siebie akurat tu. Z facetem jednak nie o wszystkim można pogadać, a obecnie cierpię na brak bliskich przyjaciół, więc jest to dla mnie jakiś sposób na nie-zwariowanie. I przede wszystkim przemyślenie pewnych spraw, taką autorefleksję, na którą w dzisiejszym świecie nie każdego stać. Ale o motywach mojego pisania już post powstał.

No to może do sedna. Myślę, że jesteśmy siebie warci. Bardzo często słyszę od niego, jaka to jestem trudna w relacji, jak ciężko wytrzymać z moim charakterem. Ciągle w codziennych sprzeczkach pada : “zmień się, zmień się, zmień się!!”. Ale, gdybym naprawdę się zmieniła, czy byś kochał mnie tak mocno jak teraz? Czy nie dlatego jesteś ze mną, bo jestem właśnie taka? Nigdy nie ukrywałam swojego prawdziwego JA, w ogóle ukrywanie czegokolwiek bardzo słabo mi wychodzi. Chyba to przez tę moją gadatliwość, nawet gdy chce coś ukryć, nieświadomie zawsze palnę o tym w rozmowie. Nasz związek jest specyficzny, coraz częściej dochodzę do takiego wniosku. On jest typowym facetem, emocje, uczucia to nie dla niego. Czasem zastanawiam się co tak naprawdę się dzieje w tej małej główce? To jest dla mnie prawdziwa zagadka. A więc w sferze uczuć ciężko nam się porozumieć. Ja chciałabym żeby okazywał mi miłość na każdym kroku, żeby był przy mnie, mówił do mnie czule i wciąż zastanawiał się czy nie jest mi za zimno, czy nie chce mi się pić, jeść i tak dalej. Typowa kobieta. On w tym czasie myśli sobie co musi wymienić w aucie, jaki będzie wynik meczu i czy opłaca się postawić kupon. Wczoraj zapytany o swoje uczucia do mojej osoby, porównał nas do zbiorów, takich z lekcji matematyki (tak, to nie żart). Ponoć ja jestem zbiorem A, on zbiorem B, a mój zbiór nie dość że zawłaszcza część wspólną to pcha się na jego zbiór i zabiera mu przestrzeń! 🙄 😲🤯 Nie wiem czy się śmiać, czy płakać. Kochanie, powiem Ci jedno: tak właśnie wygląda… związek. No ale jakby tego było mało, wciąż powtarza że powinnam mieć faceta “kapcia”, takiego który tylko przytakuje i chodzi wokół mojej osi udając zegar. Taki ponoć zadowoliłby mnie najbardziej. Tu się muszę stanowczo sprzeciwić. Gdybym takiego mężczyznę miała w swoim życiu, mój podły charakter byłby nie do opanowania. Potrzebuję kogoś kto będzie hamował moje zapędy, a jeśli trzeba sprowadzał do parteru. Więc wybacz, jesteś na mnie skazany. A propos tego zwrotu “być na kogoś skazanym”. Ostatnio często wyświetlają mi się reklamy z dodatkami weselnym ( kompletnie nie wiem czemu 🤔). Jedna z nich przedstawiała zdjęcie młodej pary przy stole weselnym a nad nimi napis “Skazani Na Siebie”. Wybuchłam śmiechem, który ciężko opanować. Jak można takie coś? Jakby małżeństwo było więzieniem z filmu “Skazani na Shawshank”. Ale pomijając ten szczegół, jesteśmy dziwną parą. Inni chodzą za ręce, całują się, przytulają, miziają po dłoniach i tak dalej.. A my? Czasem mam wrażenie, że jestem bardziej jego kumplem niż narzeczoną. Próba złapania go za rękę podczas spaceru kończy się tekstem w stylu “co ja mam 80 lat, żeby za rękę chodzić..”. Będąc w towarzystwie również niezbyt szczególnie wyrażamy swoje uczucia. Inne pary zazwyczaj obejmują się i mówią do siebie “Kotku”. On mówi do mnie ksywką, którą wymyślił sobie od mojego nazwiska (ciekawe jaką otrzymam po ślubie..). Czy mi to przeszkadza? Niezbyt. Wolę taką naturalną i nie wymuszoną niczym relację niż fałszywe buziaczki i wspólne fotki na Instagramie. Przez znajomych pewnie też jesteśmy uważani za dziwnych. Prawda jest taka, że w jednej sekundzie potrafimy kłócić się i wrzeszczeć na siebie do tego stopnia, że sąsiad stuka w kaloryfer, a za chwilę śmiejemy się z całej sytuacji i mówimy sobie czule “kiedyś naprawdę Cię uduszę”. Cóż poradzić. Jesteśmy jak dwa cumulonimbusy, gdy się ścieramy dochodzi do prawdziwych grzmotów i błyskawic, ale w słoneczne dni potrafimy unosić się wysoko nad ziemią obok siebie niczym małe, pierzaste obłoczki. I kochamy się, tą naszą zwariowaną miłością, biorąc na klatę wszystkie porażki i błędy. Czyż nie?.. 😏❤️💛💜🧡💚

Czy ja też kiedyś oszaleję?

Relaks. Słońce. Błogi spokój. Ślubne szaleństwo jeszcze mnie nie dopadło. Korzystając z chwili spokoju przeglądam modele sukien ślubnych, trendy w upięciach włosów i kompozycje bukietów, jednak jeszcze nie straciłam rozumu i wciąż potrafię dziwić się ile to wszystko kosztuje, i czemu to wszystko ma służyć.

Przyglądając się przyszłym Pannom Młodym w moim najbliższym otoczeniu, powtarzam sobie: “spokojnie, nie dasz się wkręcić w podobne szaleństwo, jesteś ponad to!”. Ja wiem, to jedyny i niepowtarzalny dzień w życiu. Nigdy się nie powtórzy. Ty zawsze będziesz go pamiętać. Ale czy goście naprawdę zapamiętają te wszystkie udziwnienia, dekoracje, czy będą pamiętać Twój wyuczony na profesjonalnym i bardzo kosztownym kursie pierwszy taniec? Czy w pamięci zapadnie im pokaz pirotechniczny i zwijanie na sali weselnej rolsów sushi przez kucharza z Japonii ? Nie. Nie będą pamiętać nawet jak smakowało jedzenie, czy muzyka była dobra i ile wódki wypili.

A więc… rynek ślubny kwitnie. A Panny Młode szaleją wychodząc z założenia, że bez fotobudki i barmana wesele będzie do bani, a goście nie włożą w kopertę oczekiwanej kwoty. Klasyka moje Panie. Nic więcej. Tylko to nas może uratować. Jedna z moich koleżanek już rok przed ślubem zamawia paterę pod tort weselny, bo potem nie będzie, kupuje te wszystkie dziwne pudełeczka na koperty, obrączki, i Bóg wie co jeszcze. Inna doczepia sobie włosy, szyje sukienkę u najlepszej krawcowej. A ja myślę…”Boże jak mi żal tych waszych chłopów i rodziców, co za to wszystko posłusznie muszą płacić..” 😄.

A Wieczór Panieński? To jest dopiero temat do rozwinięcia!! Limuzyna, najdroższe kluby no i sesja. Sesja fotograficzna jest obowiązkowa. Wianki we włosach i mocne makijaże. Lans w najwyższej postaci. Bo przecież po ślubie.. nie wyjdziesz już nigdzie, będziesz skazana tylko na niego, nie pozwoli Ci odejść od garów i pieluch. Więc korzystaj, upij się i tańcz w klubie jak pierwsza lepsza, która życia nigdy nie zaznała 👯‍♂️👯‍♀️.

Nie dajcie mi zwariować (i się też nie dajcie zwariować 😊). Jeśli tylko zauważycie, że do mojej głowy zakradają się jakiekolwiek szalone pomysły, od razu dajcie znać, że zaczynam świrować 😄 Mam nadzieję jednak, że ten dzień będzie najpiękniejszym, bez tych wszystkich, zbędnych dodatków. I już w przyszłym roku stanę się najszcześliwszą na całym świecie i jedyną dla niego Panią W. , a jeśli oszaleję, to tylko z miłości ❤️🧡💛💚.

P. S. Przedstawione historie oparte są na faktach 😅👰🤵

26 powodów do refleksji

Ja, rower, słońce, rozwiane włosy i sukienka w kwiaty. Szczyt szczęścia i spokoju. Taki sprawiłam sobie urodzinowy weekend. To już 26 lat (a może dopiero?). I muszę przyznać, że w końcu czuję się jakby moje życie nabierało tempa. Podobno, największe sukcesy osiąga się między 30, a 40 rokiem życia. A więc najlepszy czas wciąż przede mną. Dobrze by było gdybym mogła dzielić się tymi sukcesami z bliskimi, jednak coraz częściej przekonuję się, że jedyną osobą, która mnie naprawdę wspiera i jest ze mnie dumna to A. Dobrze, że mam przynajmniej jego. Przy okazji moich 26 urodzin doszłam do jeszcze jednego trafnego spostrzeżenia: ludzie nie lubią tych, którzy radzą sobie w życiu lepiej od nich, są lepiej wykształceni i mają swoje zdanie. Kiedy znajdujesz się w towarzystwie osób, które twój sukces traktują jak atak na ich próżne i bezwartościowe życie, chciał czy nie, musisz zniżyć się do ich poziomu. Inaczej wyjdziesz na kogoś, kto się wywyższa i chce ich wszystkich podkopać.

Moja mama jest jedną z takich osób, choć przychodzi mi z trudnością nawet samo myślenie o tym. Nie lubi, gdy ktoś inny jest mądrzejszy, gdy ma rację. To ona jest najwyższą mądrością. Gotowanie z nią i organizowanie imprezy urodzinowej powinno być czystą przyjemnością. W końcu to czas, który mogłyśmy spędzić razem. Zamiast tego, ciągle prezentowanie własnego autorytetu, poprawianie, pokazywanie co i jak należy zrobić. Córka nigdy nie będzie idealna tak jak matka, nie potrafi nawet dobrze umyć warzyw, tak dokładnie posprzątać jak ona. Moje życie to ciągłe gonienie za króliczkiem, ściganie ideału, który niestety zawsze jako pierwszy zrywa szarfę na mecie. Przy stole oczywiście musiała dogryźć mi w dyskusji, gdy próbowałam wyrazić własne zdanie na dany temat. Skwitowała, że zawsze udaję najmadrzejszą, choć w ogóle tak nie jest. Myślę, że jeśli mam wykształcenie, to jestem mądrzejsza od niej, ale to nie prawda. Ja i moja matka to zawsze była trudna relacja. Nie rozumiem jej. Z jednej strony chcę dorównać jej we wszystkim, z drugiej- nie chciałabym być nigdy taką matką, jaką jest dla mnie. Boję się jednak, że kiedyś zagubię się w tym i sama stanę się niesprawiedliwą, zimną w uczuciach, niewspierającą matką, która każde swoje dziecko traktuje inaczej, i kocha je inną miłością. Co boli mnie najbardziej? Nie rozumiem, jak można czerpać radość z tego, że ktoś ma w życiu ciężko, że mu trudno osiągnąć założone cele, że nie jest kolorowo i musi ciężko pracować, by cokolwiek w życiu osiągnąć. Dla matki to prawdziwa satysfakcja, patrzeć jak inna osoba ma w życiu równie ciężko jak ona. Gorzej jest, gdy radzisz sobie lepiej, do tego nie masz prawa. Z czego to wynika? Może z niespełnionych ambicji? Niezrealizowanych planów? Może myśli “jeśli mi w życiu nie wyszło, to czemu inni mają być szczęśliwi?”. Nie rozumiem, nie potrafię pojąć.. Z reguły rodzice robią wszystko, by dzieci miały lepszy start w życiu niż oni.

A więc, przyszło mi wychowywać się w jej cieniu… Dla mnie, z perspektywy czasu to oznacza przede wszystkim brak poczucia własnej wartości, tożsamości, ciągle próby sprostania wymaganiom i dążenie do zadowolenia matki. Dziś mam już tego dość. Ciągłego zabiegania o choć drobny gest świadczący o tym, że jest ze mnie dumna. Jestem już tym zmęczona i wiem, że męczę także jego. Wiem, że chciałby bym była niezależna i wolna od toksycznej relacji z matką. A ja z jednej strony myślę, że to w końcu moja matka, nie ważne jaka jest, a potem dochodzę do wniosku, że znów ją usprawiedliwiam na siłę. Wkrótce będę miała męża, własną rodzinę, dzieci, może dom i kawałek ogrodu, gdy los nam na to pozwoli. Nie chcę wciąż wchodzić w jej buty i przeżywać tych wszystkich skrajnych emocji. Nie chcę być moją matką. Może bez sentymentów powinnam sama o siebie zadbać? Wziąć życie we własne ręce? Obiecywałam sobie to już dawno, ale nie potrafiłam się zwyczajnie odciąć. Myślę, że przyszedł na to czas. By być sobą, autonomiczną jednostką. Myślącą i żyjącą według własnych zasad.

Trzymajcie kciuki. Miłego tygodnia 🙂👍👋

Porcelanowe gody

Nie wiem, czy taki klimat panuje w całym kraju, ale u mnie upały są bardzo dokuczliwe. Z tego powodu skrócono nam czas pracy. Od tygodnia mam plan, by choć raz skorzystać ze słońca, ale kompletnie nie mam na to czasu. Marzę o tym, by położyć się na plaży, wskoczyć do wody i nie myśleć o niczym innym tylko o wypoczynku.

W weekend obchodziliśmy dwudziestą rocznicę ślubu moje chrzestnej matki. Muszę o tym napisać… 🙂 A więc był bal. Ubrałam piękną, nową sukienkę w kolorze łososiowym, idealnie przylegającą do ciała. Do tego czarne szpilki. A co tam, powiem to: wygladałam bosko! 🙂 Wreszcie, dzięki diecie i ćwiczeniom zaczęłam lubić siebie, choć wiem że do ideału jeszcze mi daleko. Sama uroczystość była bardzo elegancka, kelnerzy w białych rękawiczkach, kryształowe żyrandole, wytworne dania. Było też wiele wzruszeń. Łzy płynęły mi z oczu kiedy zabrzmiała “Wielka Miłość” Seweryna Krajewskiego w wykonaniu męża mojej chrzestnej. Dwadzieścia lat temu tańczyli swój pierwszy taniec do tej piosenki. Pamiętam to dokładnie. Ci dwoje zawsze byli dla mnie wzorem idealnego małżeństwa, synonimem szacunku i miłości. Wytrwałości i wzajemnego wsparcia. Pomyślałam, jak trudno jest wytrwać w małżeństwie tak długi czas, i być wciąż zakochanym, tak samo jak w młodości. Czego więcej można w życiu pragnąć ?..Ile poświęceń, ile wysiłków trzeba włożyć w to by osiągnąć właśnie taki związek?

Kolejnego dnia udało nam się odtworzyć stare nagranie z ich wesela. Było trochę śmiechu, ale i płaczu. Zobaczyłam mojego dziadka, takiego młodego i uśmiechniętego jakim go pamiętam. Zobaczyłam także małą, pięcioletnią dziewczynkę z białymi kokardkami we włosach, prowadzoną w tańcu przez swojego tatę. Chyba moja mama zauważyła mój wyraz twarzy, bo rzuciła tylko: “zobacz, to dowód że kiedyś między tobą, a ojcem nie było tak źle”. Nie pamiętałam tego byśmy się przytulali i tańczyli ze sobą, ale rzeczywiście istnieją dowody, które świadczą o tym, że kiedyś traktował mnie jak córkę. Pomyślałam, czy jeszcze kiedyś z nim tak zatańczę? Nie zważając na to co nas dzieli..?

Mam nadzieję, że za dwadzieścia lat, my też będziemy tak świętować. Że wszystko się poukłada i przetrwamy razem w szczęściu. Na razie jest ok. To wspólne wyjście dobrze nam zrobiło. Tańczylismy do białego rana, cieszyliśmy się sobą wzajemnie. Było cudownie. Pierwszy raz pomyślałam, że cholernie nie mogę doczekać się tego naszego wesela.. 🙂

Bajka

Ostatni czas był bardzo burzliwy, ale staram się dochodzić powoli do siebie. Ludzie uczą się siebie całe życie i nawet po pięciu latach związku uświadamiam sobie, że w cale się nie znamy. A może znamy się zbyt dobrze i stąd te ciągle nieporozumienia. Nie wiem, ale ciężko jest w pewnych kwestiach odnaleźć wspólny język. Myślę, że to kwestia nastawienia na drugą osobę, otwartości na rozejm, wysiłku w poszukiwaniu własnych błędów. A może zwyczajnie, niezgodność charakterów.

I w pewnym momencie zastanawiasz się, czy aby na pewno dajesz tej drugiej osobie szczęście? Czy sama jesteś szczęśliwa? Czy nie wymagasz od niego zbyt wiele..? A może to wina tych cholernych bajek, które mama czytała Ci na dobranoc. Wina królewny Śnieżki, Roszpunki, Kopciuszka i wszystkich Królewien, które swe życie zakończyły przy boku idealnego, cudownie przystojnego Księcia. Potem dorastasz i zaczynasz dostrzegać, że bajki nie pokazywały tego co jest po: “I żyli długo i szczęśliwie…”. Czy oby na pewno? Skąd wiemy, że Książę nie okazał się draniem, nie zdradzał i nie upijał się z kumplami w każdy piątek pozostawiając ową Królewnę samą w zamku z pięciorgiem dzieci?…

Życie to nie bajka. To już wiem. Bardzo wcześnie się o tym przekonałam. Najpierw jeden nieudany związek, potem drugi. Po drodze same porażki, faceci bez duszy i intelektu. Jedni z niesłychaną urodą, która jednak nie kryła nic zaskakującego za dużymi, piwnymi oczami.. Inni przeciętnej urody i przeciętnego charakteru. Szukałam kogoś kto mnie zaskoczy, przekona. I oto jest mój wybranek serca.

Potrafi przekonać, to fakt. Potrafi też ranić jak mało kto. Doprowadzać do łez jak nikt inny. A potem w pięć minut potrafi zmienić sytuację o 180 stopni. I każdą kłótnię obrócić na swoją stronę, tak że wybaczam w pięć sekund i myślę, czy to oby na pewno była jego wina? Po głowie ostatnio chodzi mi tylko jedno pytanie- “Czy on chce tego ślubu tak jak ja?”…

Ale odpowiedź zostawię dla siebie, bo chyba już ją znam.

Miłego wylegiwania się na słońcu, korzystacie z niego ile się da 🙂☀️🌷👋

Samotność uszczęśliwia

Od dłuższego czasu u mnie na tapecie tylko szarlotka. Nie mam weny na konstruktywne zebranie myśli. Może przez pogodę, może to zmęczenie materiału. Może brak porywających tematów. Ale o czymś Wam jednak dziś napiszę.

Wczoraj natknęłam się na bardzo ciekawy artykuł. Mianowicie, naukowcy zastanawiają się, czy człowiek rzeczywiście jest zwierzęciem stadnym i czy życie w parze to rzeczywiście cel naszego istnienia.

Tak w skrócie. Istnieją niezbite dowody na to, że kobiety niezamężne (wpisując to słowo autokorekta automatycznie poprawia na: niezależne. Przypadek? Nie sądzę!) żyją dłużej, są zdrowsze również pod względem psychicznym, częściej odnoszą sukcesy, spełniają swoje pasje. Natomiast inaczej sprawa się ma jeśli chodzi o mężczyzn. Oni, w przeciwieństwie do nas, są szczęśliwsi mając żonę. Myślę, że to wynika z tego, że z dwojga ludzi to kobieta w małżeństwie ma gorzej. Jest obciążona problemami całego domu, opieką nad dziećmi, martwi się o zdrowie ich i męża, przy czym mężczyzna wychodzi do pracy, wraca po ośmiu godzinach do czystego, pachnącego domu, gdzie na stole znajduje ciepły obiad i świeżo upieczone ciasto na deser. I jeszcze potrafi rzucić tekst w stylu : “zazdroszczę ci tego siedzenia w domu, miałem taki ciężki dzień…”.

Kiedyś myślałam, że nie wytrzymałabym bycia singlem na dłuższą metę, dziś uważam, że jeśli tak właśnie potoczyłoby się moje życie, musiałabym się do tego dostosować. A może z czasem odnalazłabym swoją pasję, żyłabym jak wolny ptak, wyjeżdżałabym na rajskie wakacje i popijałabym drinki z palemką?

Może nie każdemu musi być pisane założenie rodziny? Patrząc na taką osobę każdy myśli : “Boże, jaka ona musi być samotna! Jaka nieszczęśliwa!”. A może ona właśnie jest o wiele bardziej szczęśliwa niż strudzona żona, która nie ma czasu na pomalowane paznokci i zadbanie o siebie, która nie słyszała już wieki jaka jest piękna i seksowna. Może coś w tej teorii jest. Choć z drugiej strony, trzeba patrzeć całościowo. Może warto poświęcić swoje zdrowie i długie życie, dla miłości i rodziny? Może to właśnie jest sens istnienia? Umarwianie się dla wyższej idei? A może wszyscy jesteśmy skazani na pełnienie jakiejś roli, wszyscy mamy cel do spełnienia mimo poniesionych kosztów? A może powinniśmy powiedzieć sobie w duchu : “pieprzyć to!” i żyć tak, jak dyktuje nam serce…

Kryzys? Gadam jak stara panna, albo gorzej…feministka, choć nigdy nie było mi blisko do skrajnych poglądów. Myślę jednak coraz częściej nad własnym życiem. Czemu potoczyło się tak nie inaczej. Czy to co mam teraz to efekt zbiegu wielu zmiennych, przeznaczenie..? Czy sama zdecydowałam o tym jak chcę układać swoje życie, czy to zaszczepione kulturowo przekonanie, że mam mieć męża, dzieci i zawsze udawać zadowoloną i uśmiechniętą?…

Skąd takie myśli? Nie pytajcie. Wracam do swojego idealnego życia i mam nadzieję, że jutro obudzę się jako pewna swojego i szczęśliwa kobieta. Że przestanę analizować i rozkładać na czynniki pierwsze.. Do miłego!