Poszukiwania sukni ślubnej vol. 2

Początek nowego roku zapowiada jedno: pora na poważnie wziąć się za organizację wesela. A więc rozpisałam w moim magicznym notesie punkty, które musimy zrealizować w tym miesiącu. W organizowaniu jestem dobra, w przewidywaniu też, więc nie powinno być żadnych niespodzianek tego najważniejszego dnia. Jednym z punktów było poszukiwanie sukni ślubnej. Mam co prawda na to jeszcze czas, ale wolę mieć to z głowy, by potem się nie stresować, że muszę wybrać jakąś w ostatniej chwili.

Do ślubu zostało osiem miesięcy, a jeszcze nie dawno był to rok. Moja wymarzona (i bardzo droga) suknia ślubna czekała na mnie w salonie sukien ślubnych, aż w końcu ją odwiedziłam i przymierzyłam po raz drugi. Byłam już nawet gotowa ją zakupić, mimo ceny. Pomyślałam sobie, że to jedyny dzień w życiu, a kasa zawsze się znajdzie na ten cel. Założyłam ją jednak ponownie, przyjrzałam się sobie i pomyślałam, że jest piękna. Ale jednak nie jest dla mnie. Chyba emocje opadły, a wyobrażenia o tym jak będę w niej wyglądać w dniu ślubu, trochę starły się z rzeczywistością. Nie będę wnikać w szczegóły ale zwyczajnie ta suknia jednak nie jest dla mnie. Młoda i przemiła Pani konsultantka z salonu znalazła dla mnie jednak jeszcze jedną suknię, a tak naprawdę dwie. Góra pierwszej sukni i dół drugiej w połączeniu dają bardzo delikatny, subtelny, dziewczęcy efekt. Suknia jest bardzo lekka ze względu na materiał, nie ma zbyt wielu ozdób i blyskotek, ale jest… bardzo romantyczna. Wprost idealna na skromny, cywilny ślub i przyjęcie weselne. Czułam się w niej bardzo zwiewnie i swobodnie. I wiecie co? To chyba to. Jutro przede mną kolejne przymiarki i jeśli nie znajdę już niczego co oczaruje mnie równie mocno, wrócę po nią. A i najważniejsze, kupując ją zaoszczędzę 1000 zł, różnica w cenie robi wrażenie.

Kolejny raz przekonałam się, że emocje i pośpiech nie są dobrymi doradcami. Ale mój umysł składa się z 90% emocji i 10% logiki, do czego mój narzeczony zdążył się już przyzwyczaić. To on w tym związku myśli trzeźwo, ja wzdycham, przeżywam i rozklejam się nawet na paradokumentach 😁 Uzupełniamy się, to fakt ♥️

Mogę pokazać Wam fragment tej sukni, a co.. 🙂 Jest piękniejsza, niż poprzednia?

Historię piszemy na nowo.

Ani to trzynasty piątek, ani żaden kot nie przebiegł mi przez drogę, a dzień był wyjątkowo pechowy. Nie dość, że cholernie ciężko było podnieść mi się dziś z łóżka, to spóźniłam się do pracy- drugi raz w całym moim życiu. A że należę do osób, które NIGDY się nie spóźniają i ZAWSZE są przed czasem, wywołało to we mnie nie mały stres. Wyszłam na autobus jak zwykle i uświadomiłam sobie, że nie mam biletu. Stojąc na przystanku nerwowo zaczęłam wyliczać drobne w portfelu, gdy nagle podjechał autobus. Wsiadam do niego, kupiłam bilet u kierowcy i nagle spostrzegłam, że autobus jedzie w zupełnie innym kierunku! No tak! To linia nr 4, nie 14, którą zwykle jeżdżę do pracy…Tylko mi mogło przytrafić się coś takiego. Na szczęście z samego rana szefowa zwołała zebranie, zrobiło się małe zamieszanie i nawet nie zauważyła jak weszłam spóźniona. Eh. Jakby tego było mało cały dzień czuję się fatalnie. Jak zdjęta z krzyża. Żywcem.

Do tego wszystkiego temat “ojciec” powraca. Coraz częściej żałuję, że pozwoliłam mu na nowo wleźć z buciorami w moje życie. On nigdy się nie zmieni, zawsze będzie tym zarozumiałym i bezkrytycznym wobec własnej osoby typem. Traktuje nas wszystkich jak marionetki, chłopców na posyłki. Myśli, że pieniądze to coś, co daje władzę. Nie miłość, nie zrozumienie i wsparcie, ale pieniądze według niego trzymają ludzi przy sobie. Nawet nie wie, w jak wielkim jest błędzie. Chyba z tego powodu jest mi go trochę żal. Bo mam wrażenie, że taki człowiek nigdy nie zazna w życiu prawdziwej miłości, takiej jak mam ja. Umrze gdzieś w samotności, przekonany o swoich racjach, ze świadomością, że to on jest ofiarą. Można mieć kasę, poważanie wśród obcych ludzi, ale kiedy pojawia się prawdziwa samotność, to nie znaczy nic. Czasem wyobrażam sobie co musi czuć siedząc samotnie w pustym mieszkaniu licząc, że ktoś zapuka do drzwi. Ale nikt nie przyjdzie, dzieci go nie odwiedzą. Może nie chciał nigdy być takim ojcem, chyba nikt tego nie chce świadomie. A więc.. Co się stało? Pieniądze? Wolność? Co było ważniejsze?… Może kiedyś, przez chwilę to coś znaczyło. Ale dziś?.. To nic. Jesteśmy dla niego obcy, tak jak on dla nas. Dla wnuków to dobry wujek z Ameryki, który przywozi prezenty, a nie dziadek. Dla nas to jak mityczna postać, którą znamy bardziej z jakichś rozmazanych wspomnień i opowieści. Nie ma we mnie szacunku, tylko litość. Na tyle mnie dziś tylko stać. I to się już nie zmieni.

Patrzę na A., słucham jak snuje opowieści o naszych przyszłych dzieciach, o tym jakimi będziemy wspaniałymi rodzicami. O tym jak będzie o mnie dbał i wspierał. Uśmiecham się pod nosem i myślę, czy mój ojciec kiedyś też tak mówił do matki? Czy też obiecywał, że będzie najlepszym tatą pod słońcem? Czy w żartach wybierał dla nas imiona i opowiadał, jak to będzie zabierał nas na rowerowe wycieczki i biwak? Czy czekał na to, aż pojawimy się na świecie?.. Nie wiem i nie mam odwagi o to zapytać, ani jego, ani matki. Boję się, byśmy z A. nie popełnili podobnych błędów. Choć może to nie strach. Może to stres przed przyjściem tego co nieznane. Przecież A. nie jest moim ojcem, nie jest do niego w niczym podobny. Nie budzi we mnie lęku, jak mój ojciec. Nie stoję na baczność w obawie przed jego osobą. Ta historia nie może się powtórzyć. Musimy napisać ją na nowo, bez ojca i jego oddechu na moich plecach. Bez wspomnień z dzieciństwa, bez żalu i rozgoryczenia. Teraz nasze życie jest ważne. Nasze wspólne, którego nie przeżyjemy po raz drugi. Jesteśmy tylko my. I nowa historia, którą mam zamiar napisać po swojemu.

P. S. Malutka pozdrawia, czuje się coraz lepiej i bez wyrzutów sumienia zajmuje honorowe miejsce na naszym łóżku 😊😉🐕🐶🐾

Nowy Rok i nowe życie

W tym roku żadnych postanowień noworocznych, żadnego “schudnę 10 kilo”, “będę więcej czytać”, “nauczę się francuskiego”. Jedyne postanowienie to brak postanowień. To będzie ważny rok, mam nawet wrażenie, że ten rok rozpocznie cykl ważnych lat w moim życiu. Już za rok o tej porze będę Panią W. Ale nie tylko nazwisko się zmieni. Wierzę w to, że oboje zmienimy się przez to małżeństwo. Że będziemy dla siebie lepsi, że będziemy bardziej dbać o siebie wzajemnie, będziemy bardziej odpowiedzialni. Mamy w końcu plan na życie, który chcemy wspólnie realizować.

Nowy rok, a ja czuję jakby zaczynało się nowe życie. Jakby kolejne drzwi się przede mną otwierały. I coraz bardziej, każdego dnia doceniam to co mam. Możemy narzekać, mówić jak to jest nam źle, bo rodzice nam nie pomagają, bo nie mamy kasy, ale co to wszystko znaczy? Jesteśmy zdrowi, mamy siebie, wspólne cele i marzenia i perspektywy na przyszłość. Nic nie jest ważne, żadne problemy się nie liczą jeśli ma się miłość przy swoim boku.

Teraz zaczynamy prawdziwe przygotowania. Suknia, garnitur, obrączki, zaproszenia i milion innych spraw do załatwienia. Z jednej strony czuję ekscytację, z drugiej chyba zaczynam się stresować… 😊 Wiem, że to będzie najpiękniejszy dzień. Jeszcze tylko niecałe 9 miesięcy, a będę szczęśliwą mężatką 👰 Jest na co czekać.. Oj jest 😊

W Nowym Roku życzę Wam takiej miłości jaka spotyka mnie codziennie, ale też dużo dystansu do siebie, świata i problemów. Więcej wiary w siebie i w ludzi 😊🥳

Poniżej fotka z sylwestrowego balu 🙈

I pieczona świnka na deser 😁🐖

Mogę spać spokojnie.

Wraz z rozpoczęciem nowego tygodnia podpisałam tą moją wyczekaną umowę na czas nieokreślony. Kierownictwo dorzuciło też mały bonusik do wypłaty. Ucieszyłam się, bo wreszcie wiem na czym stoję i mogę czuć się stabilnie. Jeszcze to do mnie nie dociera, że zostałam w jakimś sensie związana z tą pracą. Zaczęłam zastanawiać się, co by było gdyby nas jako pracowników Ośrodków Pomocy Społecznej szanowano i godziwie wynagradzano. Czy wtedy moja praca miałaby inną wartość? Czy sprawiałaby mi większą przyjemność i była motywacją do rozwoju? Nie wiem. Może tak niski poziom satysfakcji wiąże się z tym, że tak mało sukcesów osiągamy w naszej codziennej pracy. Tu nie da się zmierzyć naszej efektywności za pomocą tabel i liczb. A sukces? Czasem z jedną osobą, rodziną trzeba pracować na niego latami, a kiedy przyjdzie, jesteśmy tak wykończeni samymi staraniami, że on już nie cieszy. Mogę policzyć na palcach jednej ręki sytuację kiedy naprawdę udało mi się komuś pomóc i usłyszeć za to choć małe dziękuję. Reszta, to wmuszanie na siłę naszych działań, które przez podopiecznych są widziane jako zbędne. Czy chce w tym nadal tkwić? Mam na pewno dużo do stracenia. Między innymi tą wywalczoną umowę, elastyczny czas pracy, stabilizację życiową, dodatki socjalne. Jest tego trochę. Skąd mogę wiedzieć, że dostanę takie, albo lepsze warunki gdzieś indziej. Pozostaje mi na razie szukać sensu w tym co robię. Właśnie jadę starać się o umieszczenie jednej z podopiecznych w ośrodku, jeśli wygram tą walkę, a tą małą uda się uratować, to będzie kolejny mały sukces. Ale on, jak wiele innych nie przyjdzie od razu.

Może warto wrócić do początku i przypomnieć sobie co miałam w sercu kiedy chciałam pracować w tym zawodzie? Jakaś iskierka na pewno jeszcze tam jest i się tli.

Tęczowy zajączek

Kiedy byłam mała, mama czytała mi bajkę o Piotrusiu i tęczowym zajączku. Książeczkę mam na swojej półce do dziś. Choć kartki same wypadają, a jej wewnętrzną okładkę zdobią moje rysunki z dzieciństwa niczym nie przypominające ludzkich postaci, ma dla mnie ogromną wartość. Dziś mimowolnie, nie mogąc zasnąć w nocy pomyślałam o Piotrusiu i jego zajączku. Pomyślałam o tym, że bardzo chciałabym by z kawałka lusterka wyskoczył taki zajączek i wskazał mi drogę. By choć na chwilę sprawy były prostsze.

To była okropna noc. Psina potrzebowała naszej obecności, a ja co chwilę zrywałam się z łóżka. W końcu ona zasnęła, a ja do rana spałam jednocześnie czuwając i nasłuchując każdego pisku. Dziś nie poszła rano na spacer, choć potem udało się zachęcić ją kawałkiem kurczaka. Z bezsilności i natłoku zmartwień zaczęłam płakać. Byłam silna bardzo długo, podczas operacji A. i teraz też. Dziś poczułam jak wszystko ze mnie spływa i pomyślałam, że najchętniej poszłabym za góry i za lasy jak mama Piotrusia z mojej bajki. Zaszyłabym się tam w samotności i zaciągnęła świeżym powietrzem.

Za dużo wszystkiego. Mam tyle pracy, że nie nadążam, a kierownictwo ciągle dokłada mi obowiązków jakby to, że jestem młoda równało się z tym, że potrafię wziąć na swoje barki najwięcej ze wszystkich. Dostałam jasny sygnał, chcesz umowę na stałe to nie próbuj się sprzeciwiać. Rób wszystko co ci każą, nawet jeśli się z tym nie zgadzasz. Nie mam wyjścia, muszę się przemęczyć do czasu złożenia podpisu pod nową umową. Oby potem nie było gorzej.

Jadę na oparach.

Mały promyczek słońca w ten pochmurny dzień

Jesteśmy już po operacji naszej malutkiej psiny. U weterynarza ledwie powstrzymywałam łzy, jednak jak się okazało wyniki badań krwi były tak dobre, że szkoda byłoby choć nie spróbować podjąć się operacji. Obrzydliwy guz wycięty. Został jeszcze jeden mały, jednak na razie nie stwarza zagrożenia. Mała była bardzo dzielna, jak na prawie dziesięcioletniego psa. Istnieje nadzieja, że będzie z nami jeszcze trochę. Jeśli wszystko będzie goić się prawidłowo, ma jeszcze przed sobą może krótkie ale szczęśliwe życie. My już o to zadbamy, by było szczęśliwe. Teraz pozostaje tylko czuwać przy niej. Innego wyjścia nie mam bo kiedy tylko oddalę się choć na krok przywołuje mnie do siebie błagalnym piskiem i mruczeniem. A więc dzisiejszą noc pewnie spędzę na podłodze. Na pewno ból i dyskomfort jest ogromny, ale ja mogę tylko być przy niej. Może to głupie, ale ten pies to część naszej rodziny. Ktoś kto jest z nami tak długo, że już zdążył na dobre zaszczepić bezgraniczną miłość w naszych sercach. Teraz mam tylko nadzieję, że jutro wstanie o własnych siłach i da radę spojrzeć na mnie tymi swoimi maślanymi oczami z prośbą o choć małą przekąskę. Stres mnie trochę opuścił. Mam wrażenie, że ktoś trzyma nad nami ochronną rękę. Najpierw operacja A., która odbyła się bez żadnych komplikacji, teraz udana operacja naszego psiaka. Mimo wszelkich zawirowań, jakoś wychodzimy na prostą. Choć czasem mam wrażenie, że balansujemy na krawędzi.

A więc kolejne wspólne święta przed nami, jestem pewna że gwiazdka przyniesie malutkiej naprawdę dużą kość za tą odwagę i wolę walki. A ja mogę z czystym sercem powiedzieć, że zrobiłam wszystko by uratować jej pieskie życie.

Wesołych, pieskich świąt Wam życzę, choć pewnie jeszcze niebawem tu zajrzę 🙂🎅🐶🐾🌲⛄

Wszystko na raz.

Wybaczcie, że tak rzadko tu bywam, ostatnio życie wciąż stawia mi na drodze nowe wyzwania, albo raczej rzuca kłody. Tyle się dzieje, że na pewno nie zmieszczę tego w jednym poście. Jestem osobą, która lubi mieć wszystko pod kontrolą, mieć wpływ na to co się wokół dzieje, a ostatnio sprawy wymykają mi się z rąk.

Najpierw operacja A., długo by opowiadać. Wszystko jest dobrze, ale kosztowało mnie to dużo stresu i zmartwień. W międzyczasie choroba naszego ukochanego psiaka. Kiedy tylko pomyślę, że niedługo już może nie być jej z nami, łzy same mi napływają do oczu. Dziesięć lat wspólnego życia, pielęgnowania, wzajemnej troski. A teraz po prostu, tak z dnia na dzień trzeba podjąć decyzję. Najszczersza i najwierniejsza miłość, jaka tylko może spotkać człowieka, to ta psia. To będzie nas obydwoje dużo kosztować. A. wziął nas w pakiecie, mnie i mojego psa i chyba pokochał obie równie mocno. Jesteśmy taką małą rodziną, ja, on i nasz psiak i nagle w jednej chwili ma się to zmienić. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że koniec nie będzie dla niej cierpieniem i że w psim niebie są kabanosy i słone paluszki, które tak bardzo uwielbia. Nigdy już nie będę miała takiego przyjaciela przy swoim boku jak ona. Ale mam nadzieję, że było jej z nami dobrze, że było to krótkie ale szczęśliwe życie. Mam nadzieję, że ono jeszcze trochę potrwa. Na razie czeka nas wizyta u weterynarza, która zadecyduje co dalej. Czy warto jest jeszcze operować, czy trzeba podjąć decyzję kiedy chcemy się z nią pożegnać. To jest dla mnie bardzo trudne.

Kolejny rok będzie dla nas ogromnym wyzwaniem. Ślub i cała ta organizacja powoduje we mnie czasem lekkie przerażenie. To niewątpliwie czas poważnych zmian i poważnych decyzji. Nie stresuje się tyle samym ślubem, ale bardziej tym co nastąpi później. Dziecko, dom, kredyt.. Panikuję, jak tylko o tym pomyślę.

I jakby tego było mało, przed nami jeszcze jedna bardzo poważna i odpowiedzialna rola w przyszłym roku. Oboje będziemy świadkować na ślubie naszych przyjaciół zaledwie cztery miesiące przed naszym ślubem. Z jednej strony cieszę się, bo to bardzo miłe, że widzą nas oboje przy swoim boku tego dnia. Nie sposób było odmówić, w końcu to ich najważniejszy dzień w życiu. Mamy jednak mnóstwo obaw, bo.. to ślub kościelny. A my, jak wiadomo z kościołem nie jesteśmy w dobrych relacjach. Sami zdecydowaliśmy się na ślub urzędowy, by być w porządku wobec siebie i nie odgrywać szopki, której nie rozumiemy i nie czujemy. A tu nagle musimy zaznajomić się z całym porządkiem mszy i wszystkimi konwenansami związanymi ze ślubem kościelnym… No i pozostaje najważniejsza kwestia. Spowiedź i komunia święta. Nie mam pojęcia jak rozwiązać tą kwestię. Nasi przyjaciele są świadomi jaki mamy stosunek do kościoła i mimo to zdecydowali się, żebyśmy im towarzyszyli. Powiedzieli, że nie będą wywierać na nas wpływu i nie oczekują, że przystąpimy do spowiedzi i komunii. Dla nich ważne jest to, żebyśmy byli. Wszystko cudownie, ale co powie na to ksiądz? Czy w ogóle pozwoli na świadkowanie parze, która żyje razem w grzechu? I jak podejdzie do kwestii nie przyjęcia przez nas komunii świętej? W ogóle ktoś z Was kiedykolwiek spotkał się z taką sytuacją..? Bo ja nie. Nie mam pojęcia jak to rozwiązać. Za dużo się ostatnio dzieje, sama już nie nadążam.

No i praca.. Ale to już temat na zupełnie inny post.

“Ten dzień”

Chyba nie potrafię już o niczym innym myśleć, więc będę Was zamęczać wszystkim co związane ze ślubem i weselem 😊 Wiem, wiem..Obiecywalam, że nie popadnę w paranoję, ale teraz wszystkie inne rzeczy idą na bok, nawet praca nie zajmuje już tak moich myśli. Problemy nauczyłam się olewać i skupiać się na rzeczach, które teraz w moim życiu są najważniejsze. A ślub taką rzeczą jest. Nie ma nic ważniejszego niż nasze życie i to co niebawem ma się w nim zmienić.

W głowie mam już ułożony cały plan dotyczący wesela, dekoracji, całej tej otoczki związanej z przygotowaniami. Rzecz jasna, gdzie tylko mogę szukam oszczędności, więc postanowiłam że wszystkie dekoracje zrobię sama. I tak odejdzie koszt związany z opłaceniem dekoratorki oraz kwiaciarni. Pomysłów mam wiele, boję się tylko, że rzeczywistość mnie przerośnie. Ale nie ma co się poddawać na wstępie. Tu potrzebny jest dobry plan i organizacja, a w planowaniu akurat jestem dobra 😉 Tak jak już kiedyś wspominałam, wesele będzie w stylu rustykalnym, czy boho jak niektórzy to nazywają. Takie wesela są ostatnio bardzo modne, więc tym bardziej dodatki, dekoracje, są powszechnie dostępne. Na stołach będą królować wrzosy, drewno i złoto, a także ciepłe płomienie świec. Widzę to wszystko oczyma wyobraźni i czuję zapach natury, drewna i kwiatów…💕 Zawsze uważałam, że mam całkiem niezły zmysł estetyki. Nie na marne poszła nauka kompozycji, fotografii i rysunku, które pobierałam w szkole średniej. Codziennie przeszukuję internet w poszukiwaniu inspiracji 🙂 Oto kilka z nich:

Może nie będzie to najłatwiejsze zadanie biorąc pod uwagę ilość spraw przed weselem, stres i poczucie, że wszystko musi być idealnie dopracowane. Chciałabym jednak, by goście oprócz wspaniałego jedzenia i muzyki porywającej do tańca, weszli na salę i przenieśli się w całkiem inne miejsce- urokliwe i zapierające dech w piersiach. Czy uda mi się to osiągnąć? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że włożę w to całe moje serce. Chciałabym by to wesele było swojskie, rodzinne i ze smakiem. By goście nie byli skrępowani zbyt sztywną atmosferą. Chciałabym by każdy czuł się jak u siebie w domu, przy własnym stole, w gronie najbliższych. Takie mam marzenie dotyczące tego dnia 🙂

Musi się udać. Musi być idealnie… 😊 Na razie wciąż szukam inspiracji i przyjmę każdą radę i dobre słowo 🙂

Przyszła Panna Młoda

Kochani, nie wytrzymam jeśli Wam tego nie napiszę. Za mną kolejne przymiarki sukien ślubnych. W ostatnim poście pisałam o tym jak ciężko mi znaleźć coś dla siebie. Po ostatnich przymiarkach wróciłam do domu zrezygnowana i w okropnym nastroju. Mierząc kolejne suknie coraz bardziej traciłam nadzieję na znalezienie tej jedynej. Źle czułam się w każdej kolejnej, fason nie ten, dekold za duży, albo niedoskonałości zbyt widoczne. Mam nietypową figurę, którą kocham i nienawidzę jednocześnie, szczególnie za moje szerokie barki i kilka fałdek w okolicy brzucha. Nie martwiłam się jednak porażkami bo do ślubu jeszcze wiele czasu.

Dziś pierwszy salon, który odwiedziłam i pierwsza przymierzona suknia to było jak grom z jasnego nieba. Tak, to ta! Wisiała na tym manekinie i jakby do mnie przemówiła.. Nigdzie wcześniej nie widziałam podobnej sukni i nawet nie potrafiłabym sobie jej wyobrazić, jako tej mojej i jedynej. A najbardziej co mnie w niej urzekło to wielofunkcyjność. Suknia ma piękną haftowaną kwiatami podszewkę, a górna warstwa wykonana jest z tiulu. Co najważniejsze- tiul to spódnica, którą można zdjąć w trakcie wesela i nagle wstąpić w zupełnie innej kreacji! A po weselu warstwę dolną można skrócić i zrobić z niej sukienkę, która posłuży przez lata na każdą okazję taką jak wesele, czy chrzciny 🙂 Jestem zauroczona, zakochana i już widzę w niej siebie! Jest jednak pewien problem.. Mianowicie, cena. Byłoby zbyt pięknie, gdyby mieściła się w moim skromnym budżecie. Cztery tysiące za suknię to dużo. Dla mnie, nawet bardzo dużo. A więc trzeba sobie odpuścić. Tylko jak teraz nie porównywać do tej sukni każdej następnej?..

Nie myślałam, że spadnie na mnie taki dylemat. A i owszem. Dylemat Panny Młodej…👰

Zresztą, sami ją zobaczcie. Choć ostrzegam, że na modelce wygląda zupełnie inaczej niż w rzeczywistości, jak to zwykle bywa.. 🙂

Nieobecność.

Chyba pora coś naskrobać. Dawno mnie tu nie było, bo powoli czuję, że pisanie przestaje sprawiać mi pewną.. przyjemność. A może właściwiej będzie jeśli napiszę, że pisanie przestaje mi w jakiś sposób pomagać w mojej codzienności. Oczywiście wszystkie Wasze głosy są dla mnie ważne, nawet te krytyczne i prowadzące do dyskusji bez dna..(choć na te staram się nie odpowiadać). Może z jednej strony ciężko mi tu odnaleźć bratnią mi duszę, może czasem nie odnajduję tu zrozumienia, które każdy chce odnaleźć. A może to moje błędne odczucia, które wynikają z tego, że ile blogów w sieci tyle różnych i barwnych osobowości.

Co u mnie? Zmieniłam stosunek do pracy. Jeszcze niedawno z niechęcią pojawiałam się w urzędzie i myślałam tylko o tym by dzień się skończył. Dziś dałam na luz, cieszę się z tego co udaje mi się osiągnąć w pracy z drugim człowiekiem, a porażki puszczam w eter. Robię to co do mnie należy i to co mi każą. I to działa. Dopóki znów nie wybuchnie..

Przygotowania do ślubu trwają w najlepsze. Pierwsze przymiarki sukien ślubnych mam za sobą, choć nie znalazłam jeszcze tej mojej wymarzonej. Albo jestem zbyt wybredna, albo rzeczywiście do mojej figury ciężko znaleźć “ten” fason sukni. Będzie ciężko, ale mam jeszcze dużo czasu. Na razie występuję w roli doradczyni w wyborze sukni dla mojej przyjaciółki, a przy okazji coś tam mierzę i wybieram dla siebie. Wizja ślubu coraz bardziej zarysowuje się w mojej wyobraźni. Wiele rzeczy chcę zrobić sama, by uciąć koszta. Samodzielnie wykonane dekoracje mogą potem służyć przez długie lata jako fajny dodatek do wystroju domu. Na razie nie panikuję, nie ogarnia mnie histeria, ani nic z tych rzeczy. Jest dobrze. Mój narzeczony stara się i kucharzy, kiedy ja jestem na siłowni. A bywam tam coraz częściej. Sprawia mi to mega przyjemność i działa jak oczyszczenie po całym dniu pracy. Właśnie wracam z fitnessu, a jutro powtórka. Nie mogę narzekać na to co mam. To byłby grzech, choć religijna nie jestem.

Co więcej, poprawiłam relację z mamą. Myślę sobie, że teraz nie potrzebne mi pretensje, choć jestem ostrożna i nie pozwalam siebie skrzywdzić. Zero niepotrzebnych tematów i zwierzania się. Jeśli mam problem, jest tylko jedna osoba, do której mogę się zwrócić. I jest to mój narzeczony. A za rok o tej porze, już mąż.. 🥰💕💓 Ahh tak, został niespełna rok.. 🥰

Trzymajcie się cieplutko i uważajcie na pogodę,

A.