Kiedy miłość zastępuje przyzwyczajenie

O miłości tym razem. O obawach. O związku, w którym brakuje relacji między dwojgiem ludzi. To musi być straszne, żyć razem, a nie używać tego życia. Być nieszczęśliwym, być ze sobą jedynie z przyzwyczajenia. Bo jest nam wygodnie, bo mamy dziecko, wspólny dom. Inne powody? Tak trudno je odnaleźć w oczach drugiej osoby. I proszę Boga, by mój związek nigdy nie zamienił się w taką pustą zależność. Bo co może być gorszego niż samotność w związku?..

Opowiem Wam pewną historię

On nigdy nie ciągnął do stabilizacji. Jego życie za młodu to głównie panienki, imprezy i to co odziedziczył po rodzinie ojca- skłonność do nadużywania alkoholu. Nigdy nie był jednak po alkoholu agresywny, raczej wyluzowany. Jednego, czego nie można mu zarzucić to lenistwo. Zawsze był pracowity, łapał się wielu zajęć, choć głównie były to cudowne interesy, które miały mu przynieść fortunę. Dziesięć lat temu poznał kobietę, i chyba coś drgnęło, może po raz pierwszy w życiu pomyślał o stabilizacji. Niestety jego instynkty były silniejsze, przez pierwszy okres związku zdarzały się skoki w bok i beztroskie rozrywki. Potem, z biegiem czasu ustabilizował się, zaczęli mieszkać razem. Chyba spodobało mu się to życie. Jak dla mnie to od początku była dziwna para. Niedopasowana pod względem nie tylko wizualnym. Nigdy nie widziałam między nimi miłości. Nie widziałam by się całowali, przytulali, mówili do siebie czule. Tak jakby zawarli jakiś pakt bycia razem dla samego posiadania partnera. On co prawda mówił czasem, że ją kocha, kupował drogie prezenty, bieliznę, perfumy. Widać było, że mu zależy. Ale ona… Nigdy nie usłyszałam od niej pozytywnego słowa w jego stronę. Była zimna, potrafiła publicznie mówić, że go nie kocha. Oczywiście on o tym nie wiedział. Po kilku latach pojawiło się dziecko. Myślę, że przypadkiem. Nie była zachwycona, jednak córka wynagrodziła wszystko. On zaproponował ślub, ona się nie zgodziła, twierdząc że jej to nie potrzebne. Jest dobrze, jak jest. Mieszkali w domu po jej rodzicach, który on wyremontował. Bez ślubu, jakiegokolwiek zabezpieczenia, gwarancji. Żyli tak z dnia na dzień, od weekendu do weekendu. Przez te lata, on zaczął pić coraz więcej. Każdy weekend wyglądał tak samo. Pomyślałam, że nic z tego nie będzie dobrego, szczególnie dla dziecka. Nie widziałam by spędzali ze sobą czas. By razem, we dwoje wyszli gdzieś do restauracji, kina, na spacer. Ostatnio obserwowałam ich zachowanie i zastanawiałam się kiedy to się skończy. Pewnego razu on ochoczo opowiadał, że chciałby wybudować dom, że na poważnie o tym myśli, opowiadał jaki miałby być. Ona była jakby nieobecna, czuć było jej lelceważący stosunek do niego, wręcz kpiła z jego pomysłów. Kilka dni później powiedziała mu, że to tylko przyzwyczajenie, nie miłość, a wszystko co ich łączy to kłamstwo. Kazała mu się wyprowadzić. Nie myśląc o nim, o dziecku. On to bardzo przeżywa, ale sam twierdzi, że nie ma powrotu. Moim zdaniem, obydwoje to spieprzyli po całości. Zabrakło uczucia, zwykłego bycia razem, czasem może porządnej kłótni i emocji. A przede wszystkim wzajemnego szacunku. Na początku przecież musiało być jakieś uczucie, fascynacja, cokolwiek…coś musiało jej się w nim podobać, a on musiał czuć coś do niej.

Co dzieje się w sercu takiego człowieka, kiedy uświadamia sobie, że przestaje kochać? Jak można być tak zimnym wobec drugiej osoby, żyjąc razem od tyłu lat? W tej historii nie ma bardziej winnego. To rozstanie pokazuje jak ważne jest dbanie o relację, o siebie na wzajem. To nie tak, że jesteśmy z kimś, decydujemy się na związek i tyle. O miłość trzeba ciągle dbać, mówić sobie miłe słowa, doceniać nawet najmniejszym gestami.

Myśląc o tej parze zrobiłam mały rachunek sumienia. Czy ja aby na pewno wystarczająco o niego dbam? Co prawda kupiłam mu ostatnio drogą markową koszulę, do której wiem, że wzdychał, ale czy to wystarczy? A gdzie codzienne pocałunki na dobranoc? Gdzie wspólne śniadania? Zwykłe codzienne gesty? Wiem, że czasem tego brakuje. Jest praca, siłownia, zmęczenie, obowiązki. Czasem na to już mnie nie stać, rzucam tylko że się nasprzątałam i nie mam na nic siły. Mam pretensje, że on nie jest czuły. Ale jak ma być skoro ja chodzę obrażona? Oczywiście to są sytuacje, które nie zdarzają się codzień. Ale i takie bywają. Myślę, że teraz jest między nami dobrze, ufamy sobie, doradzamy, wspieramy.

W takim codziennym życiu nie chodzi tylko o to by być razem. Sztuką jest wytrwać w miłości, pielęgnując uczucie, które jest między nami. Na świecie jest tysiące innych spraw, problemów i sytuacji, które wybijają nas z rytmu, ale pamiętajmy że żyjemy tu i teraz. Pracę możemy jutro stracić, przyjaciele mogą odejść, a ta jedna jedyna osoba zostanie i będzie trwać przy nas jeśli tylko jej na to pozwolimy i z pełnym docenieniem, akceptacją i miłością my również przy niej będziemy.

Nie popełniajcie takich błędów, dbajcie o swoją miłość. Spójrzcie głębiej, z perspektywy swojej miłości.

Miłego przygotowania do świąt 😘

Advertisements

Pisanie jak antybiotyk

Dziś niedokończony wpis z wczorajszego wieczora, nocne refleksje nad tym “co ja tu robię”.. 🤔 Coraz częściej przyszło mi czytać Wasze wpisy na temat “jak to się zaczęło”, może to ta przedświąteczna refleksja, może potrzeba duszy… Teraz i ja opowiem Wam o początkach.

Z przymrużonymi już oczami, zmęczona, ale wciąż przytomna czytam Wasze wpisy i zachwycam się każdym słowem. Jesteście wspaniali. Jak to jest, że człowiek potrzebuje wyrzucić z siebie wszystkie negatywne emocje, ale i te dobre, które chwytają za serce. Wiele osób mówi, że blog to forma terapii. Jasne, że tak. Dla mnie to przede wszystkim sposób na pozbycie się emocji, które gdzieś tam się gromadzą i zalegają pod skórą. Najpierw wyrzucam je tu, potem czytam kilkakrotnie i wtedy mogę już zacząć myśleć, analizować, szukać rozwiązań. I najczęściej one przychodzą same. Wystarczy tylko zobaczyć siebie z perspektywy trzeciej osoby, przejrzeć się w tym lustrze i zastanowić, czy jest aż tak źle? Dlatego właśnie moje wpisy są często tak chaotyczne i naładowane emocjami, bo nie myślę, piszę. Potem sama do siebie mówię : “Co? Aż tak cię wzięło?”. Tak było np. w chwili organizacji wesela, kiedy miałam w sobie te wszystkie nieuzasadnione pretensje do najbliższych. Ale wylałam to tutaj, przegadałam z A. i teraz się dziwię jak w ogóle mogłam tak dać ponieść się emocjom.. Więc blog działa, polecam tym niepiszącym, a tylko czytającym 🙂

Wiele rzeczy od dawna przemawiało za pisaniem. Był moment, kiedy myślałam że sama sobie z sobą nie radzę. Że nie potrafię panować nad swoimi emocjami, wybucham bez powodu, zachowuje się nieracjonalnie. Nie wiem czemu tak było, może przez nagromadzenie emocji, nieumiejętność ich rozładowania, stes. Na pewno domyślacie się, jak źle wpływało to nie tylko na mnie, ale przede wszystkim na mój związek. Czasem było bardzo trudno. Czy pisanie pomogło? W pewnym sensie tak, ale też praca nad sobą. Przekonanie, że nie jestem tu sama. Jest też ta druga osoba, która mnie wspiera, mogę na nią liczyć. I nie powinna znosić moich wybuchów. A ja nie powinnam jej traktować w sposób, na który nie zasługuje.

Kiedy to się zaczęło? Gdy zakończyłam mój poprzedni związek, rozsypałam się kompletnie. Ale postanowiłam, że już nie będę o tym gadać. Minęło 6 lat, a ja to pamiętam jakby wydarzyło się wczoraj. To była bardzo niebezpieczna relacja i cieszę się, że znalazłam tyle siły by odejść. Niestety, ucierpiało na tym moje wnętrze. Potrzebowałam całego roku by móc znów zacząć spotykać się z facetami, umawiać się na randki, nie myśleć o tym jaka jestem słaba i bezsilna. Rok dochodziłam do siebie, ale to nie znaczy że po roku wszystkie problemy zniknęły. Cały czas to wszystko jest we mnie. Teraz jednak nauczyłam się z tym żyć. To pokazuje, że z każdej sytuacji jest wyjście. Wystarczy znaleźć w sobie odrobinę siły, zawalczyć, spojrzeć bykowi w oczy. Wszystko jest możliwe. Trzeba tylko chcieć zmiany i podążać za głosem własnego serca. Nie tracić siebie dla kogoś kto nie jest tego warty. To była chora miłość, uzależniająca, siejąca pustkę. Ale na szczęście po mroku wstało słońce, choć były momenty, że myślałam że to nie możliwe.

Każdy tu z nas ma swoją historię. Swoje nieudane związki, swoje problemy, terapie. Dobrze, że mamy gdzie te emocje wyrzucić. To pomaga i nie daje zwariować.

Wewnętrzny strajk.

Mam 26 lat. Podjęłam się pracy bardzo trudnej i wymagającej ode mnie jako człowieka ogromnej empatii, zrozumienia, wyczucia. Każdego dnia wstaję ze świadomością, że mój najmniejszy błąd, przeoczenie, może dużo kosztować. Muszę być profesjonalistą w każdym calu, znać się na wszystkim, mieć szeroką wiedzę dotyczącą przepisów prawa, ustaw, ale i życia. Wymaga się ode mnie nie tylko wysokich kwalifikacji, ale też doświadczenia życiowego, dojrzałości, podejmowania zawsze trafnych decyzji. Każdy błąd skupia się na mnie. Bo przecież jestem pierwszą, która musi zareagować. Przez dwa lata mojej pracy uczyłam się na błędach własnych i cudzych. Obserwowałam. Starałam się słuchać. Czuć. Widzieć wszystko dookoła.

Czy lubię moją pracę? Tak. Bo wciąż mam nadzieję, że są na tym świecie ludzie dobrzy, że są matki które popełniają błędy, ale potrafią się do nich przyznać i walczyć o swoje dzieci. Takiej jeszcze przez dwa lata nie spotkałam. Na codzień widzę jednak wiele cierpienia, szare twarze dzieci, które doznały w życiu więcej niż my wszyscy, zgromadzeni tu na blogu. Widziałam dzieci, które musiały szukać jedzenia w śmietniku by nakarmić młodsze rodzeństwo. Bo matka była w ciągu. Ojciec bił je wszystkie. Każdego dnia się uczę i wiem, że zobaczę jeszcze nie jedno. Dla tej pracy jestem w stanie oddać własne serce, choć nigdy nie poświęciłabym dla niej własnej rodziny.

Każdego dnia zmagam się z opiniami typu : “jesteś młoda”, “nie masz własnych dzieci”, “brak Ci doświadczenia”. Ale ja chcę to robić, chcę być coraz lepsza, chcę widzieć więcej i móc reagować. Jeśli mam jakiekolwiek przypuszczenia, że dzieciom dzieje się źle, działam. Bez ogródek, zahamowań. Bez osobistych względów.

Jestem koordynatorem rodzinnej pieczy zastępczej. Pracuję z rodzinami zastępczymi i dziećmi pozbawionymi opieki rodziców. Pracuję za wyszarpane 1900 zł netto. Nie strajkuję. Nie mam pomocy psychologa, superwizji, dodatkowego urlopu na podbudowanie zdrowia psychicznego, gdyż został nam odebrany.

Do strajku nauczycieli nie mam nic. Jeśli czują, że tak powinni, ok. Niech strajkują. Jednak to ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy milczą. A nauczyciele… mają wolne wakacje, za które dostają wynagrodzenie, święta i dni wolne mogą spędzać z rodziną. Mają możliwość dorobienia i pracują niejednokrotnie na kilku etatach, a i tak pracę kończą o 16, bo lekcje mają w różnych szkołach. Plus dodatkowe korepetycje. Ja nie mam możliwości dorobienia. I choć od początku strajku nie zabierałam głosu, bo uważałam i nadal uważam, że mnie on nie dotyczy, to największa frustracja pojawiła się wtedy, gdy dowiedziałam się, że nauczyciele domagali się, by to pracownicy socjalni zajmowali się dziećmi w szkołach na czas strajku. Na szczęście nasze związki uspokajają, nie musimy tego robić. Choć wiem, że w wielu powiatach jest to stosowane. Czy orać pole też mamy?…

Do tego spadają na nas wszystkie świadczenia. Zajmujemy się 500+,300+, a pensja wciąż ta sama. Niedługo mamy przejąć wypłatę świadczenia emerytalnego dla matek, które urodziły 4 dzieci i więcej. Nie mówiąc o tym, że to świadczenie w żaden sposób nie jest kontrolowane. Matka idzie do ZUSu i oświadcza że wychowała 4 dzieci. Więc potencjalnie nawet kobiety, które miały ich siedmioro, a wszystkie trafiły do domu dziecka, może dostać taką emeryturę. Nasza pensja mimo coraz większej ilości obowiązków nadal zostanie ta sama. I pewnie jeszcze 500+ na krowę i 100 na tucznika my będziemy wypłacać, choć piszę to teraz z przekorą…

Skąd ten nastrój? Może trochę mnie ponosi, może trochę wyolbrzymiam, ale czasem brakuje mi sił. Wracam z pracy wyczerpana, ale to nie jest zmęczenie fizyczne. Przeraża mnie podejście ludzi. Wczoraj przekonałam się, że niektórzy nie posiadają uczuć. Usłyszałam wiele przykrych słów pod swoim adresem, ale na szczęście mój kierownik stanął za mną. Wiem, że to jest wpisane w tą pracę, ale jeszcze nie potrafię być obojętna. Mój A. mówi, żebym o tym nie myślała. Jest weekend. Że muszę być bardziej odporna. Ale wiecie co… Nie da się odsunąć od siebie emocji, tak po prostu. Przekonałam się wczoraj, że ludzie w dzieciach widzą łatwy zarobek, zysk. A to jest najgorsza porażka systemu. I to są ludzie, którzy powinni dzieciom zapewnić miłość i bezpieczeństwo. Traktują je jak sieroty, pozbawione domu, bezpańskie psy. I to robimy my, ludzie. Ludzie ludziom wyrzadzają najgorsze krzywdy. Nie potrafię po prostu tego zrozumieć, przetrawić. I myślę, że nawet po 20 latach pracy, będą we mnie te same emocje. Czy ja się w ogóle nadaje do tej pracy?…I czy naprawdę oczekuję tak dużo?

Miejmy w sobie człowieczeństwo.

Rodzinka jak ze zdjęcia

Przygotowania do ślubu trwają w najlepsze. Trzy cele na ten rok spelnione: sala, muzyka, fotograf i kamerzysta. No.. czyli w sumie cztery 🙂 A. z przekorą mówi: “już mi nie truj, w tym roku już nic nie załatwiamy”. A ja po cichutku oglądam suknie ślubne, dekoracje, podziękowania dla gości, zdjęcia z sesji. I szaleję, stresuję się coraz bardziej, choć do ślubu jeszcze 17 miesięcy!

Przez ostatnie tygodnie wariowaliśmy oboje w poszukiwaniu fotografa i kamerzysty. Przeszukiwaliśmy Internet, poruszyliśmy wszystkich znajomych, ale nic, kompletnie nic nam nie odpowiadało. Mój narzeczony wyznaje jedną zasadę : jeśli ktoś “nawija makaron na uszy” (czyt. mówi za dużo i nie konieczne na temat) to znaczy, że nie ma sensu wchodzić z nim w dalszą dyskusję. Dj’a wybrał głównie dlatego, że mówił mało i konkretnie. On też taki jest, czasem mówi bardzo mało i bardzo konkretnie. Gdy opowiadam mu z zapartym tchem jakąś historię, słucha, przytakuje, mhmm.. A potem potrafi skwitować to jednym zdaniem : “mogłaś to skrócić do samej puenty”. No więc, wracając do fotografów było podobnie, jak ktoś rozwijał się zbytnio i próbował przez telefon zaplanować nam cały ślub, już był skreślony. Do tego dochodziła nie zawsze dobra jakoś zdjęć i filmów, a także cena. Oj ta była czasem bardzo wygórowana. Rozumiem, sprzęt, czas poświęcony na montaż, własne zaangażowanie, ale 7 tysięcy za jedną noc? Takie prawa rynku…Dodatkowo wielu fotografów było spoza naszego miasta, więc nie uśmiechało nam się jechać na sesję do Krakowa, bądź Warszawy. To dodatkowe koszta, czas. Zrezygnowani, a raczej ja.. zrezygnowana, wykrzyczałam że mam to gdzieś i niech sobie sam szuka, jak jest taki mądry. Jak zwykle, w gorącej wodzie kąpana.

Dwa dni później na messenger dostałam od niego ofertę. Napisał tylko : “ludzie z naszego miasta, bierzemy”. Raz, dwa umówiliśmy się na spotkanie, a i cena okazała się być całkiem przystępna. Jadąc pod wskazany adres pomyślelismy, że coś tu nie gra. Ani śladu zakładu fotograficznego, firmy, lokalu usługowego. Tylko bloki. Jak szybko się okazało, to było prywatne mieszkanie. Zapukaliśmy do drzwi z nadzieją, że nic nie pomyliliśmy, a po chwili otworzył nam młody mężczyzna, myślę że nie wiele starszy od nas. W przedpokoju żona ubierała dzieci na spacer. Domyślam się, że małe szkodniki nie pozwoliłyby na chwilę spokojnej rozmowy. Gdy chłopiec zobaczył nas w drzwiach, zdziwiony zapytał niewyraźnie :”cto to?”, na co jego mama odpowiedziała: “Pan młody i Pani młoda”. Pomyslalam: “Serio?” Ledwie przez gardło przechodzi mi słowo “narzeczona”, a co dopiero “Pani Młoda”. A. nie ma z tym problemu, szybko przyzwyczaił się do nowej sytuacji, i z łatwością mówi do mnie “żonko”, szczególnie gdy potrzeba uprasowania koszuli się pojawia 🙂 No ale wracając… Po chwili weszliśmy do pokoju, gdzie ukazało nam się prawdziwe studio: sprzęt do montażu, monitory, głośniki i mnóstwo zdjęć na ścianach wokół. Głównie zdjęcia rodzinne, żona, dzieci, wspólne wakacje, brzuszek ciążowy. Tak jakbym zobaczyła całe życie tych ludzi. Najpiękniejsze momenty, mnóstwo szczęścia i miłości. To wszystko stwarzało bardzo luźną, domową atmosferę, ale zdjęcia były wykonane bardo profesjonalnie. Czułam się swobodnie, przeglądając kolejne albumy par młodych. Zaczęłam wyobrażać sobie nas w tych wszystkich pięknych sceneriach. Pomyślałam, że to się dzieje naprawdę, już, tak szybko, nie ma odwrotu. Po pięciu minutach byłam zdecydowana. Powiem więcej, zaczęłam wyobrażać sobie nas jako taką fajną rodzinkę, ze zdjęć na ścianie. Urzekli mnie. Pomyślałam, jak cudownie musi być pracować razem, prowadzić mały biznesik, moc być w domu przy dzieciach, mieć taki elastyczny czas pracy. Ona jest fotografem, on kamerzystą. Uzupełniają się idealnie. Ale czy takie ciągłe spędzanie ze sobą czasu w małżeństwie nie męczy? Mają wspólną pracę, przez to pewnie wspólnych znajomych. Chyba jednak, gdy ludziom ze sobą dobrze, to nie sprawia żadnego problemu. Cudowna rodzinka, jak ze zdjęcia.

No więc, mamy fotografa i kamerzystę. Nawet nie zadawaliśmy wiele pytań, tak byliśmy urzeczeni całą sytuacją. Wczoraj wplacilśmy zadatek i podpisaliśmy umowę. Czyli na ten rok mamy już wszystko, prawdziwe wariactwo zacznie się po nowym roku.. Bać się, czy cieszyć? 🙂

Sny, jak w nie wierzyć?

Nigdy nie byłam przesądna, nie wierzyłam w czarnego kota, kominiarza, czterolistną koniczynę. Ale sny to całkiem inny rodzaj podświadomości. Moja mama bardzo w nie wierzy, twierdzi że są zwiastunem chorób, nieszczęścia. Bo mamie zazwyczaj śnią się te złe rzeczy. W noc kiedy sniła jej się babcia, mój brat miał wypadek. Na szczęście nic poważnego, ale jednak. Twierdzi, że matka ostrzega ją przed złym. A nie daj Boże, gdy śnią jej się zęby, brudna pościel lub mięso. Wtedy na pewno stanie się coś strasznego. I ciągle śnią jej się zmarli krewni. Czasem mam ochotę zapytać: “mamo, czy ty miewasz przyjemne sny?”. Myślę, że te sny są wynikiem jej ciągłego niepokoju, nie potrafi myśleć pozytywnie, że się ułoży, że będzie dobrze. I w momencie gdy jej jakość życia naprawdę się podniosła, ciągle narzeka. Że nie ma pieniędzy, że to życie jest okropne, że ciągle jest zmęczona. Nic więc dziwnego, że śnią jej się same złe rzeczy.

Ale nie o mojej matce ma być to post. Choć o niej mogłabym wylać tysiące słów. Ja nie jestem na tyle zwariowana na punkcie snów. Choć je miewam bardzo często. Zazwyczaj są tak surrealistyczne, że nie sposób odnaleźć w nich jakikolwiek zwiastun. Śnią mi się historie innych ludzi, kolory, zapachy, miejsca w których nigdy nie byłam. Może to wspomnienia z poprzedniego życia, ponoć niektórzy tak twierdzą. Często śni mi się mój narzeczony, ale te sny zostawię dla siebie 🙂 Ostatnio jednak coraz więcej miewam snów o ślubie… Chyba coraz bardziej dociera do mnie, że to naprawdę się dzieje. I chyba coraz bardziej się tym stresuję. Te sny są bardzo niepokojące. Dwa tygodnie temu śnił mi się nasz ślub w plenerze. Okazało się, że urzędnik nie przyjechał, więc ślubu udzielał nam… wodzirej :), a dokumenty urzędowe wypełnialiśmy w zeszycie w kratkę, w takim, w którym u mnie w pracy odnotowuje się wyjścia prywatne i służbowe. Widziałam dekoracje, kolory, czułam zapachy i słyszałam rytm muzyki. To było bardzo realistyczne i z pozoru bardzo zabawne. Nagle jednak zorientowalismy się, że ten ślub jest nie ważny, więc jeździliśmy po mieście w poszukiwaniu urzędnika, który wyda nam akt małżeństwa. Nie znaleźliśmy go, więc wróciliśmy na salę weselną, niestety była już pusta, nie bylo ani gości, ani muzyki, ani jedzenia. Kolejny sen o ślubie z przed kilku dni. Ceremonia w kościele, ja w pięknej białej sukni. Czuję zapach kadzidła, widzę księdza i ministrantów ubranych w białe alby. Wychodzimy z kościoła, a raczej wybiegamy, nie wiem czemu ale tylnym wyjściem, tak jakbyśmy chcieli uciec. Od frontu czekają goście, stoją w kółku i rozmawiają. Nagle gdzieś w tle widzę mojego ojca. Próbujemy podejść do gości ale tak jakby nas nie widzieli, ignorowali. Sen się urywa. Dziwne co? Może jest ktoś wśród Was kto potrafi rozszyfrować sny, chętnie się dowiem co one znaczą, jeśli w ogóle mają jakiś głębszy sens..

Dziś jednak miałam o wiele spokojniejszy sen. Nie o ślubie tym razem. Mi, w przeciwieństwie do mamy nigdy nie śnią się zmarli. Dziś jednak widziałam w moim śnie wujka, który zmarł gdy byłam małą dziewczynką. Nawet nie pamiętam dokładnie jego wyglądu, a twarz, postura, włosy, to zlepek moich wspomnień i wyobrażeń. Siedział jednak przy stole w swoim dawnym mieszkaniu, które teraz zajmuje moja ciocia. Był uśmiechnięty, pełen życia. Miał urodziny, kończył 89 lat. Nie pamiętam nawet ile miałby lat, gdyby nadal żył, ale to był taki spokojny i dobry sen. Przebudziłam się, zamówiłam Wieczny Odpoczynek i znów zasnęłam, jakby nigdy nic.

Myślę, że ten sen wynikał z tego, że wczoraj był bardzo dobry dzień. Położyłam się spać spokojna i zrelaksowana. Wszystko wskazuje na to, że nasze problemy finansowe w drobnym stopniu się rozwiążą, a to bardzo dobra wiadomość. Możemy wreszcie spać spokojnie i śnić same dobre rzeczy, ale to tylko dzięki ciężkiej pracy. No i znaleźliśmy wczoraj fotografa i kamerzystę na wesele. Byliśmy na spotkaniu obgadać szczegóły. Młodzi, świetni ludzie. Ale może o tym napiszę w osobnym poście, bo to spotkanie było bardzo inspirujące 🙂

Tak więc wszystko wskazuje na to, że czym mamy więcej zmartwień i niepokojów, tym nasze sny są mniej przyjemne, a gdy jesteśmy zrelaksowani i spokojni, wtedy śnimy o pięknych rzeczach 🙂 Czy sny mogą mieć jakieś znaczenie? Pewnie tak, ale to jedynie wytwór naszej wyobraźni, myśli które tworzą się podczas snu, zlepek doświadczeń i wspomnień, który wraca do nas w tak surrealistycznych obrazach. Nie doszukujmy się więc drugiego dna, nie szukajmy w snach rozwiązań naszych problemów i przepowiedni przyszłości. Ważne jest to co tu i teraz, na ziemi, w życiu realnym.

Pozdrawiam Was gorąco 😊

Kryzysy

Dziś dziesiąty dzień diety. Drugi miesiąc ćwiczeń. I trzy kilo mniej. Z 68 spadłam do 65, ale jeszcze mnie to nie zadowala. Przy moim wzroście powinno być max 60 kg, do czego będę dążyć. Nie wiem czy mam wystarczająco dużo silnej woli. Ćwiczę intensywnie trzy razy w tygodniu, nie jem słodyczy, jedynie warzywa, białe mięso, ogromne ilości wody. I główna zasada- pięć posiłków dziennie. Bywa ciężko. Pierwszy kryzys przyszedł wczoraj. Wróciłam do domu poddenerwowana i przede wszystkim głodna. Zjadłam twarożek light i zaczęłam oczekiwanie na kolację. Po trudnych trzech godzinach jedynie sałatka z tuńczykiem, która nic za nic nie wypełniła miejsca w żołądku. Nerwowo zaczęłam zerkać na zegar. Boże, ale zjadłabym coś słodkiego, albo coś, cokolwiek. Tak na myśl wpadł mi stary przepis na ciasto dietetyczne. Więc o 21 piekłam ciasto, które oczywiście spróbowałam dopiero kolejnego dnia. Jednak sama możliwość przygotowywania posiłku, robienia czegoś innego niż patrzenie na zegarek było jak miód na moje serce. Dziś w pracy nikt nie zgadł z czego ciasto jest zrobione 🙂

A więc podaję przepis, nie tylko dla odchudzających się 🙂

Brownie z czerwonej fasoli

Puszka czerwonej fasoli

Dwa jajka

Jeden dojrzały banan

2 łyżki miodu

2-3 łyżki kakao

2 łyżki oleju

łyżeczka proszku do pieczenia

Opcjonalnie: orzechy, płatki migdałów, suszone owoce, musli

Fasolę dokładnie płuczemy w zimnej wodzie. Blendujemy wszystkie składniki na gładką masę, orzechy dorzucamy na końcu i mieszamy wszystko łyżką. Blaszkę o niewielkich rozmiarach wykładamy papierem do pieczenia i przekładamy ciasto. Pieczemy ok 40-50 minut w temp. 180 stopni.

Ciasto jest rewelacyjne! W życiu nie pomyślelibyście że do jego zrobienia użyta jest czerwona fasola 🙂 No ale nic, trzeba ratować się jak można. Dzisiejsze ćwiczenia były bardzo wyczerpujące, kręciło mi się w głowie, było mi słabo, ale wytrwałam do końca. W nagrodę kupiłam sobie nową bluzkę 🙂 I choć kryzysy przychodzą, mam silną motywację by coś wreszcie zmienić. Nie dla innych, nie dla smukłej sylwetki, ale dla siebie, własnego samopoczucia, własnej wartości. Chcę sobie udowodnić, że mogę. Że tym razem nie odpuszczę, tak jak milion razy wcześniej.

Macie jakieś sposoby na zmotywowanie się do działania? Jeśli tak to ja poproszę je wszystkie! 🙂

A dziś gotuje się zupa warzywna, bez mięsa, sama woda, warzywa, jarmuż 🙂

Ratując życie

Dziś kilka słów o pomaganiu, czyli jak to robić nie mając na to środków, większych okazji, czasu. Ale za to, mając odwagę i potrzebę by zrobić coś więcej.

Mianowicie piątek. Nie często zdarza się dzień wolny, szczególnie kiedy mamy go oboje, więc obudziłam się bez zbędnego stresu, z głową pełną wolnych myśli. Potem szybkie śniadanie, kawa, której nie piłam już tak dawno. Obudziłam A.: “wstawaj, już ósma”. Godzinę później byliśmy w aucie, wyspani, w dobrych nastrojach na resztę dnia.

W rejestracji nie było tego dnia zbyt dużej kolejki, więc szybko się z tym uporaliśmy. Okazanie się dowodem tożsamości, potem Pani szybko sprawdziła czy jesteśmy w systemie i wręczyła na nasze ręce kwestionariusze. Nie lubię go wypełniać, choć teraz robię to już instynktownie. Cztery strony pytań o ryzyko chorób, wyjazdy zagraniczne, przyjmowane leki, kontakty seksualne i tak dalej. Współczuję Panu z Ukrainy, który łapał się za głowę próbując rozszyfrować co tam jest napisane, nie obyło się bez pomocy pielęgniarek i lekarza. Język polski może dla naszych sąsiadów wydawać się pokrewny, ale gdy w grę wchodzą określenia medyczne i służbowe zwroty, chyba nie jest już tak przyjemnie. Po całych tych formalnościach, wizyta w gabinecie pielęgniarki. “Dziś będzie z żyły”. No ok, trzeba to trzeba. Jeszcze krótki żarcik, że tatuaż na nadgarstku pewnie jest stary, ale musiała o niego zapytać. Tak, nie było żadnych nowych tatuaży przez ostatnie pół roku. To samo pytanie padło w gabinecie lekarskim, jak zawsze. Pan doktor zbadał, osłuchał, stwierdził że jestem zdrowa, ale ciśnienie trochę za niskie, więc zalecił szybką kawkę przed wejściem na salę pobrań. Za darmowy kupon, który dostałam w rejestracji, kupiłam więc kawę w automacie i wypiłam ją duszkiem. Ohyda. Nie cierpię kawy z tego dużego pudła. Chwilę później byliśmy już na sali. Dokładnie umyliśmy ręce aż za łokcie, jak lekarze przed operacją i z uśmiechem podeszlismy do lady, za którą siedziała doświadczona wiekiem i stażem pracy pielęgniarka. “Zwolnienie potrzebne?”, no jasne że tak! To dodatkowy plus oddawania krwi- w stu procentach płatny dzień wolny w pracy. Kilka foteli było dostępnych, więc wiedziałam że za 15 minut będzie już po wszystkim. Rozsiadłam się wygodnie zamknęłam oczy, poczułam lekkie ukłucie, a potem patrzyłam jak czerwony płyn przez rurkę napełnia woreczek z życiodajnym cudem. Nie mam problemu z widokiem krwi, szczególnie własnej. Dla tych, którzy mają mała rada: zazwyczaj na sali pobrań jest telewizor 😏 Spojrzałam przez prawe ramię i zobaczyłam mojego A., jak zwykle żartował z młodą, sympatyczną pielęgniarką. Po lewej stronie Pan z Ukrainy. Młoda stażystka nie mogła znaleźć żyły, a do tego jeszcze jego polski był tak mało zrozumiały. Ale udało się. Pan był bardzo dzielny 😊 Moje pobranie trwało ok. 8 minut, choć to żaden rekord. Pani odłączyła mnie od aparatury, a po chwili byłam już na nogach z małym plasterkiem na ręku. Potem odbiór czekolady, tym razem jednak całe pudełko podarowałam mamie, wiecie – dieta 😁 To był mój czwarty raz, więc mogłam już odebrać krew-kartę. Niestety, książeczek honorowych dawców już nie ma, zastąpiły je te małe plastikowe karty, w których można znaleźć jedynie informację o grupie krwi.

No więc, mam już komplet 😁😏 Jestem z siebie dumna 🤗

Dawca krwi, dawca szpiku i dawca narządów. Bo co innego, bardziej cennego możemy dać drugiej osobie niż samego siebie? Pieniądze? Też się przydają, ale jeśli nie jesteśmy w stanie pomagać w ten sposób, to czemu nie zrobić tego inaczej. Krew każdy ma w sobie. Mam nadzieję, że kiedyś to dobro do mnie wróci.

Trzymajcie się i pomagajcie! W razie pytań, służę pomocą 🙂

Pogoda

Marzec nas nie oszczędza. Zawirowania pogody sprawiają, że nie chce się wstawać z łóżka, bolą mięśnie, choć to może efekt ćwiczeń i siłowni. We wtorek chyba cała Polska doświadczyła tego zjawiska. U mnie burza z piorunami, zamieć śnieżna, deszcz i wszystko inne, trwało chyba ok. 30 minut. Właśnie wychodziłam z siłowni, na wycieraczce w korytarzu zobaczyłam dwa bezdomne kocury, które zawsze koczują przed budynkiem, zmarznięte i przemokłe. Spojrzałam na zewnątrz i wykonałam telefon “Kochanie, przyjedź po mnie”. Nie pomyślałam. Kolejnego dnia na portalu internetowym przeczytałam, że w ciągu tej pół godziny na drogach zginęło 6 osób.

Wychodzisz z pracy, szkoły, wracasz do domu i bum. Nie ma Cię. Ja jestem straszną jędzą. Ciągle siedząc na fotelu pasażera mówię : “zwolnij”, “po co tak szybko”, “przycisz muzykę”. A on się gotuje i piekli. Argumentuje, że nigdy nie miał żadnej stłuczki, ani wypadku, jest dobrym kierowcą. Ale ja się i tak boję. Co z tego, że on będzie jechał zgodnie z przepisami, przecież inni mogą ich nie przestrzegać. Chyba dlatego nie mogę zdać prawa jazdy. Jestem zafiksowana na tym punkcie, a dłuższe trasy powodują we mnie niepokój.

Pogoda nas nie rozpieszcza, ale trzeba zachować rozwagę. To już nie zima, ale jeszcze nie wiosna. Pamiętajcie o tym pędząc do pracy. A jak u Was pogoda? Też było tak niebezpiecznie?

Poranki

Wstajesz rano, szybki prysznic, w pośpiechu prasujesz koszulę, potem makijaż, włosy, jeszcze psa na dwór trzeba wyprowadzić, no i jakieś śniadanie do pracy naszykować. Ja jestem zwolennikiem gotowania w domu i noszenia pojemników z jedzeniem do pracy, więc mój poranek zazwyczaj skupia się na robieniu sałatki, gotowaniu ryżu do obiadu i pakowaniu tego wszystkiego do plastikowych pudełek. Lubię to robić, to taki mój czas, chwila dla siebie. No i tak jest zdrowiej. Wstaję zazwyczaj przed szóstą, więc nie jest źle. Staram się ze wszystkim zdążyć, i udaje mi się to zazwyczaj bo śniadań w domu nie jadam. Kawy też nie pijam, tzn. odzwyczajam się 🙂

A. budzi się zazwyczaj przed 7, jak to facet, szybka toaleta i jest gotowy. Ale oczywiście musi skomentować, że stukam garnkami i nie pozwalam mu spać, że powinnam to robić dzień wcześniej, że znów kuchenka jest brudna i po pracy będzie musiał ją umyć no bo ja idę przecież na siłownię. I tak w kółko. Marzę czasem o takim poranku kiedy budzę się i słyszę “cześć Kochanie, jak się spało?”. Ale nie. Tysiąc pretensji. Tak jak już kiedyś pisałam, moje koleżanki kiedyś stwierdziły, że one na pewno nie wytrzymałyby z takim facetem jak A. I czasem naprawdę się nie dziwię. Fochy, humorki i nigdy nie ma jego winy. Ma specyficzny charakter i czasem nie da się go po prostu lubić. Choć o dziwo jest bardzo lubiany wśród ludzi. Wczoraj zaproponowałam kino, chciałam go trochę udobruchać przez tą moją ciągłą nieobecność. Powiedział, że nie ma czasu. Człowiek się stara, chce dobrze, a on nie ma czasu wyjść do kina, poświęcić mi te dwie godziny.

Podobno to kobiet nie da się zrozumieć, ale chyba to działa w dwie strony. Mam czasem wrażenie, że mówi szyfrem i mimo tylu lat razem, ja czasem kompletnie go nie rozumiem. A chciałabym raz na jakiś czas po prostu wiedzieć co siedzi w jego głowie, co myśli, o co ma znów pretensje. Boże, to brzmi jakby ten post pisał facet o swojej kobiecie, a nie na odwrót.. Ale cóż, może kiedyś nauczę się z nim żyć i nie zwariuję.

Wolne myśli

Chwile słabości próbuję szybko eliminować. Jak tylko się pojawiają, staram się zająć myśli. Wyszukiwać wciąż nowe zajęcia. Jakoś mi to nawet wychodzi, więc nie jest źle. I z nim próbuję więcej rozmawiać, spędzać czas nawet leniuchując przed telewizorem.

Dziś jestem wyjątkowo obolała po sobotnich ćwiczeniach, trafiła nam się trenerka sadystka, a do tego niedziela upłynęła pod hasłem “atak alergii” więc ból głowy, wodospad z nosa itp. Mam ochotę spać, a tu jeszcze cały dzień pracy przede mną. Dziś odpuszczam siłownię.

W sobotę byli nasi znajomi. Chłopcy się rozwinęli na temat tacierzyństwa i zaczęli wymyślać imiona dla dzieci. Niby z żartem i przekorą, ale widziałam u A. ten błysk w oku. Myślę, że to dałoby mu jakieś spełnienie, że to taki punkt kulminacyjny. Nie wiem jakim byłby ojcem, ani jaką ja byłabym matką, ale jako Pan domu i opiekun psa się sprawdza 🙂 A to znaczy że ma w sobie dużo odpowiedzialności. Choć to pewnie słabe porównanie. Fajnie jednak mieć perspektywę, moc coś planować. To naprawdę cudowne uczucie.